“Strzelby, zarazki, maszyny”, Jared Diamond

Z serii “książki, które zmieniły moje patrzenie na świat”: Strzelby, zarazki, maszyny Jareda Diamonda. Książkę czytałam po angielsku (Guns, Germs and Steel), nie wiem jak dobre jest polskie tłumaczenie.





Idea książki jest prosta: kiedy w czasach podboju kolonialnego cywilizacja europejska stykała się z cywilizacjami Ameryk, potem Australii, Tasmanii, Indonezji - to wygrywała z nimi w podskokach. Dlaczego? Dlaczego Indianie zostali pokonani przez konkwistadorów, a nie odwrotnie? Autor najpierw podaje dość oczywistą odpowiedź: bo Europejczycy posiadali broń palną (mogącą ranić na odległość), konie (pozwalające na szybkie przemieszczanie się), bardziej zaawansowane narzędzia - i zarazki wobec których mieszkańcy odległych kontynentów byli bezbronni. A potem drąży dalej: ale dlaczego? Dlaczego Europejczycy mieli strzelby, maszyny i zarazki, a mieszkańcy Ameryk nie?


I autor zabiera nas w podróż przez tysiąclecia, gdzie możemy zobaczyć, jak wiele czynników sprawiło, że niektóre cywilizacje zyskiwały przewagę, a inne odchodziły w niebyt. I jak wiele zależało od spraw zupełnie od ludzi niezależnych, jak niewielki członkowie tych cywilizacji mieli wpływ na swoją przyszłość.


Książka wciąga i nie można się od niej oderwać: choć jest przecież analizą warunków geograficznych, klimatycznych, bakteriologicznych i ekologicznych, a nie żadną powieścią.


Co było dla mnie zaskakujące? Podam jeden maluteńki przykład. Otóż wyobraźcie sobie, że ja przez długi, długi czas - aż do przeczytania tej książki - trwałam w przekonaniu, że początki rolnictwa wyglądały tak: Idzie sobie taki pierwotny człowiek przez las, znudzony wiecznym zbieraniem jagód i polowaniem na sarenki. Nagle patrzy na rosnącą pod jego nogami trawę, doznaje olśnienia, przekopuje ziemię za swoją jaskinią, posypuje ziarenkami tej trawy, podlewa, zbiera i jesienią cieszy się ze swoich zapasów. Pozostali członkowie plemienia patrzą na niego, zazdroszczą mu i na następny rok też sami sadzą. Potem inne plemiona. Potem wszyscy. I tak powstało rolnictwo.


Otóż tak właśnie NIE POWSTAŁO rolnictwo.


Owady w pewnym sensie wyhodowały sobie rośliny z nektarem: siadały chętniej na kwiatkach, które obiecywały więcej pożywienia i pyłek z tych kwiatków roznosiły dalej. W ten sposób na przestrzeni pokoleń roślin z ich ulubionym przysmakiem było więcej. Proste, prawda? Oczywiście owady robiły to bezmyślnie i bez planu, nie to co ludzie, którzy…


O, czyżby? No właśnie nie - a przynajmniej nie na początku, nie przez pierwszych kilkadziesiąt tysięcy lat.


Tak naprawdę hodowla roślin zaczęła się równie niepozornie, co “uprawa kwiatów przez pszczoły”. Pierwotny człowiek chodził po lesie i zbierał jadalne owoce. Na przykład groszek. Ale dziki groszek ma tę nieprzyjemną cechę, że gdy strączki dojrzeją, to pękają. Człowiek mógł więc zrywać albo niedojrzałe, albo rozsypane… albo wadliwe. Otóż niektóre groszki miały wadę genetyczną i nie otwierały się o czasie. To oczywiście poważna niedogodność z punktu widzenia roślinki, nasiona nie mogły się rozsypać, za rok było bardzo niewiele “potomstwa”. Tak było, dopóki nie pojawił się człowiek. Człowiek, który zbierał te wadliwe strączki, zanosił je do swego obozowiska, niektóre wyrzucał, niektóre gubił, niektóre chował na później - i tak z biegiem czasu w jego otoczeniu coraz więcej pojawiało się “niepękającego groszku”. Człowiek nie robił tego świadomie: ani przez myśl mu nie przeszło, że dokonuje jakiejkolwiek selekcji. Zrywał to, co nadawało się do zrywania i już. Pewnie, wybierał raczej większe - ale to też naturalny odruch, a nie żaden plan. Równie dobrze można by powiedzieć, że ten wadliwy duży groszek wyhodował sobie człowieka-zbieracza, który mu pomagał się rozmnażać.


Człowiek nie musiał doznawać żadnego olśnienia. Rośliny nadające się pod uprawę same zaczęły rosnąć w miejscach, gdzie spędzał więcej czasu. Znalezienie tych roślin, które można jakkolwiek kontrolować zabrało tysiące lat. Opracowanie metod troszczenia się o nie to wiele prób i błędów. I nie można było tak po prostu zdecydować: ja nigdzie dalej nie idę, zostaję z rodziną tutaj i będę uprawiał rolnictwo. To musiał być stopniowy proces - jakiś zagon zostawiony na wiosnę, do którego się wracało jesienią. Potem częstsze powroty, dłuższy czas w jednym miejscu - ale to trwało pokolenia. I nawet kiedy wreszcie któryś z pradziadów zdecydował się wybudować całoroczną chatę, to przecież nie miał pojęcia do czego to doprowadzi. Że umiejętność produkowania jedzenia ponad niezbędne minimum pozwoli wyżywić “nierobów”: przywódców, biurokratów, wykwalifikowanych rzemieślników, naukowców i artystów. Że doprowadzi do rozwarstwienia społeczeństwa i pozwoli zarówno na rozwój tych zdobyczy cywilizacji, jakimi teraz się cieszymy, jak i zmusi wielu do poświęcenia całego życia uprawie roli.


Nie bój się, nie zepsułam ci lektury! Książka jest pełna takich wyjaśnień - co z innymi roślinami uprawnymi? Jak to się stało, że wyhodowaliśmy zwierzęta? Dlaczego kontakt z rdzennymi mieszkańcami Ameryk nie spowodował u nas zarazy? Dlaczego największe zdobycze cywilizacji rozprzestrzeniły się z Bliskiego Wschodu na całą Europę i Azję - lecz nie na Afrykę? Dlaczego Aborygeni nie zajęli się hodowlą kangurów? I dlaczego z mieszkańcami Papui - Nowej Gwinei, nam, bezwzględnym kolonizatorom, nie poszło tak łatwo jak z Inkami i Aztekami?

Zachęcam do przeczytania, jak Jared Diamond odpowiada na te pytania!




Komentarze

Popularne posty

Inne ciekawe blogi

Strona na facebooku