Zakonnice na petardzie

Jak już byliśmy na rynku we Włodawie, to oczywiście musieliśmy wstąpić do księgarni. A jak już weszliśmy, to trzeba było wszystko pooglądać. Dzieci usiadły przy specjalnym stoliku dla maluchów i o dziwo same zaczęły kartkować kolorowe dzieła, a ja stanęłam przy półce obok. Akurat trafił mi się regał z książkami duchowo-religijno-zdrowotnymi. Przejrzałam parę tytułów i ostatecznie wybrałam dwa, tylko dlatego, że o nich wcześniej słyszałam (ach! wielka jest siła reklamy). Biorąc je śmiałam się w duchu, że chyba lubię kontrasty: świętokradcza książka o zakonnicach i pobożna o księdzu. Katolickie wydawnictwo WAM i Krytyka Polityczna. Ha! Czy może być coś bardziej różnego?


Z zaskoczeniem przekonałam się, że są to dwie książki dokładnie o tym samym. Siedem kobiet które odeszły, jeden ksiądz który został - ale reszta taka sama. To samo tło, ten sam język. Wyraźnie widać, że te same drobiazgi i szczegóły, które sprawiły, że tamte opuściły zakon mogły też sprawić, że i on porzuciłby kapłaństwo. Gdyby tylko to.. albo to.. Niewiele brakowało.
O moich wrażeniach z “Zakonnice odchodzą po cichu” już pisałam. Miałam zamiar napisać o “Życiu na pełnej petardzie” - ale to wcale nie jest łatwe. Chcąc nie chcąc bowiem porównywałam tekst z poprzednią lekturą. Te dwie książki zlały mi się w jedną i teraz mogę napisać tylko o nich obu.
Trudne jest też dla mnie pisanie o książce, która jest wywiadem z prawdziwym, żywym człowiekiem - i to na dodatek człowiekiem już nie żyjącym, a więc takim, który nie może się bronić. Sam wywiad jest bardzo przezroczysty: redaktor prowadzi księdza Kaczkowskiego przez historię jego życia, przy okazji wplatając pytania natury egzystencjalnej.
Z zewnętrznych źródeł (na przykład z wywiadów z wolontariuszami w hospicjum, które założył) wnioskuję, że ks. Kaczkowski była bardzo serdecznym, życzliwym i dobrym człowiekiem. Niestety - w książce nie jest to mocno widoczne. W książce jest pokazany normalny, inteligentny i chcący robić coś sensownego w swoim życiu człowiek, który zmaga się z przeciwnościami losu, a dokładniej z kłodami rzucanymi mu pod nogi przez Kościół. Co chwilę widzimy jakiś absurd: a to biskup wyśmiewający się z ministranta-okularnika, a to decyzja o dopuszczeniu do święceń (“A pieniądze widzi?” “Widzi” “To święcić!”), a to polityczne przepychanki w sprawie zakładania szkoły.
Kiedy czytałam “Zakonnice” czasem myślałam sobie: “Może to tylko przypadek. Może to jednostkowa sytuacja, która miała miejsce tylko w tym jednym zakonie”. Tymczasem wspomnienia ks. Kaczkowskiego potwierdzają praktycznie wszystkie takie zarzuty. Jest i ksiądz, który szykanuje wybranych kleryków w seminarium, i zjawisko “fali” w seminarium po sąsiedzku. Są proboszczowie, co zamykają młodym księżom drzwi plebanii po 22:00. Jest homoseksualizm jako zjawisko powszechne (kilku na kilkudziesięciu kandydatów na księża okazuje się być tej orientacji) i powszechnie ignorowane. Jest psychologia do której trzeba przekonywać nawet w hospicjum - bo Kościół nie ma zdecydowanej postawy w tej kwestii.
Dlaczego więc ks. Kaczkowski nie odszedł? Oczywiście nie mam pojęcia i na pewno jak zwykle w życiu sprawa jest bardziej skomplikowana. Natomiast to, co widać wyraźnie przy lekturze, to fakt, że bohater miał ogromne wsparcie rodziny i przyjaciół.  Wszystkie trudne życiowe momenty pokazane są razem ze wspomnieniem bliskich ludzi, którzy mu pomogli.
Inna rzecz, którą widać, to że konflikty czy problemy z hierarchią kościelną nie dotyczą kwestii w osobisty sposób istotnych dla ks. Kaczkowskiego. Zawsze mógł odprawiać Eucharystię (na czym bardzo mu zależało) i udało mu się wybudować i kierować hospicjum. Może to było trudne, może wymagało walki - ale było. Dopóki niedoskonałości Kościoła nie dotykały tego, co było dla niego ważne, mógł szukać kompromisu “od środka”.
Wiecie, jak ks. Kaczkowski pisze, że głupio mu z powodu tytułu życzliwego człowieka, bo żeby być uznanym za “dobrego księdza” wystarczy nie być chamskim - to jest mi smutno. Bo może to takie krygowanie się - ale wtedy bohater wypada głupio, oczerniając innych by wypaść lepiej. A może to stwierdzenie faktu i rzeczywista obserwacja, że typowy ksiądz nie traktuje ludzi życzliwie. Tak czy siak - niepokojące.
Słyszałam od kilku osób, że ks. Kaczkowski był odważny w krytykowaniu nauki Kościóła. W książce jednak nie jest to pokazane - no, chyba że odpowiedzi “nie znam się na tej kwestii” albo “nie jestem specjalistą w tym temacie” albo “nie wiem” są przykładem takiej właśnie śmiałej skromności. A wcale nie pojawiają się przesadnie często.
Ks. Kaczkowski był też bioetykiem. Niestety, z jego ust dowiadujemy się, że gdyby zamrozić zapłodnione jajeczko pobrane od Dobrawy, to mielibyśmy teraz Bolesława Chrobrego. Jakby to powiedzieć… Nie. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że bliźniacy jednojajowi mogą być bardzo różni. A co dopiero osoby o tym samym materiale genetycznym, lecz z różnych ciąż, w różnych środowiskach klimatycznych, przy różnym poziomie wiedzy medycznej, różnych zagrożeniach bakteryjnych i kompletnie różnym podejściu do wychowywania dzieci.
Albo rozważania, jaki był genotyp Jezusa i nadzieja, że może miał genotyp uniwersalny, zgodny z każdym człowiekiem. Piękna metafora (która później się trochę psuje, kiedy ks. Kaczkowskie mimochodem wspomina, że Jezus na pewno był typowym mężczyzną z typowym męskim ciałem), która niestety nie ma żadnego sensu medycznego.
Być może ks. Kaczkowski dobrze znał się na biologii człowieka, a jego stwierdzenia były tylko przenośniami, które miały pokazać jakąś głębszą prawdę. W książce jednak te myśli są pozostawione bez dalszego ciągu, bez większego komentarza. Może to brzmieć, jakbym czepiała się słówek. Ale moim zdaniem właśnie na tym polega siła księdza-bioetyka - że wypowiada się w kwestiach ważnych dla człowieka (rozrodczość, tożsamość, śmierć) dobrze rozumiejąc te sprawy od strony naukowej. Po co więc wrzucać do książki wypowiedzi, które sugerują coś odwrotnego? Po co umieszczać w książce zdania, po których czytelnik się zastanawia, czy ten bioetyk w ogóle genetykę rozumie?
***
“Zakonnice odchodzą po cichu” to książka kobieca: napisana przez kobietę i o kobietach opowiadająca. A “Życie na pełnej petardzie” jest bardzo męskie. Ten kontrast spowodował, że na sprawy płci byłam bardziej wyczulona przy czytaniu. W książce pojawia się m.in. coś takiego:
“To może należałoby powszechnie dopuszczać do ministrantury, co gdzieniegdzie ma miejsce, również dziewczęta?
Jestem przeciwnikiem tego pomysłu, ponieważ widzę wyraźnie, że chłopcy i dziewczęta w tym wieku żyją i chcą być oddzielnie. Chłopcy szukają przy ołtarzu poczucia elitarności. Obserwuję, że tam gdzie dziewczęta zostały dopuszczone do ministrantury, przez swoją staranność i sumienność wyparły chłopców. Kiedy namawiałem do tego chłopców we Francji, ci prychali, mówiąc, że to ‘babskie zajęcie’. A jak zachwycić chłopca kapłaństwem, jeżeli cała posługa liturgiczna jest żeńska?”
Rozumiem problem: młodzież męska w pewnym wieku wymaga wsparcia, szuka wyjątkowości, chce potwierdzenia swojej męskości. Ale rozwiązaniem nie może być zabronienie dziewczętom robienia tego, co by chciały! Jedna grupa potrzebuje poczucia elitarności, więc zabrońmy drugiej grupie robienia czegoś, bo byłaby w tym lepsza i psułaby im tę wyjątkowość. Czy naprawdę nie widać, jak bardzo niesprawiedliwa jest ta propozycja?
A jednocześnie - domyślam się, że całkowicie nieświadomie - ks. Kaczkowski podpowiada nam, dlaczego Kościół Katolicki tak się broni przed kapłaństwem kobiet. Jeśli bycie “męskim” (albo “kobiecym”, w zależności od płci) jest wartością, a ksiądz jest “męski” przede wszystkim dlatego, że tylko mężczyzna może zostać księdzem (bo przecież nie dzięki długiej szacie, haftowanym ornatom i odprawianiu modłów nad stołem-ołtarzem) - to czy otworzenie kobietom drzwi seminariów nie zniszczyłoby wszystkiego? A co jeśli chłopcom zacznie być głupio robić “babskie rzeczy”? A co, jeśli nikt nie będzie chciał zostać “kapłanką - mężczyzną”? Co wtedy?
Odpowiedź na pytanie, dlaczego to byłoby straszne też znajdziemy w książce. Też nieświadomie podaną. Ks. Kaczkowski zastanawia się nad moralnym aspektem badania spermy. Pisze niegłupio, słowa poniżej są wyrwane z kontekstu, ale chodzi mi tylko o jeden element.
“Kościół ocenia, że badanie spermy jest nieetyczne, ponieważ pozyskuje się ją w efekcie masturbacji. [...] Tymczasem ekstremiści proponują punkcję jądra, która nie odpowiada na część pytań diagnostycznych [...]. Niech Watykańczyk, który się pod tym podpisał, będzie pierwszym odważnym. Mnie na samą myśl już boli.”
No właśnie. Mnie nie boli. Oczywiście potrafię się wczuć w sytuację człowieka zmuszonego do niepotrzebnie bolesnego badania - ale nie jest to automatyczne. Na myśl o “punkcji jądra” nie odczuwam odruchowego “Auć! Może jednak poszukajmy innego rozwiązania”, tylko wzruszam ramionami “No trudno, jeśli byłoby to moralnie lepsze, to niech będzie”. Bo łatwo jest szafować cudzym bólem i cudzym cierpieniem.
Do tego właśnie prowadzi sytuacja, gdy pewne grupy społeczne nie mają głosu (nie tylko w Kościele). Że nie będzie nikogo, kto na jakąś propozycję od razu się wzdrygnie i odruchowo będzie szukał innej drogi. Dlatego wizja organizacji, gdzie decyzje podejmują osoby tylko jednej płci nie wydaje mi się fajna - i to nie tylko wtedy, gdy byłaby to płeć przeciwna do mojej.

***

“Życie na pełnej petardzie” to książka dla odmiany pesymistyczna. To książka o tym, jak instytucja, która powinna być dobra i dla ludzi - jest daleko od ideału. A może dlatego mnie zasmuciła, że Kościół, który ja znałam był jakiś taki sympatyczniejszy i życzliwszy od Kościoła w niej przedstawionego? A pod wpływem poprzedniej lektury zamiast się cieszyć z osiągnięć księdza (serio, wybudowanie hospicjum i zarządzanie nim to naprawdę niesamowita sprawa!), zastanawiałam się, czy nie robiłby tego samego, gdyby nie został kapłanem - i czy byłoby mu łatwiej, czy trudniej.



Komentarze

Popularne posty

Strona na facebooku