Ostatnie słowo




Parę tygodni temu wróciłyśmy z córką wieczorem do domu. Pierwszą rzeczą, którą zauważyła po zdjęciu butów był fakt, że, o nie!!!! jej ukochany pluszowy jamnik ma odcięte wąsiki. Kochany brat bawił się nożyczkami jak nas nie było.

Wąsiki były zawsze integralną częścią jamnika. Służyły mu do węszenia. Do zachwycania się nimi. Do głaskania. To była taka część pluszaka, której nie mogło zabraknąć! Nie, to się nie mogło stać! Nie wąsiki! Ja nie chcę!
Ale smętne szczątki dawnej ozdoby noska leżały na podłodze.

Córka się rozpłakała, mnie też łzy stanęły w oczach, syn uciekł przed naszym wzrokiem. Było źle. Było strasznie smutno, beznadziejnie, jak wtedy, gdy stanie się straszne nieszczęście i kogoś spotka niezasłużona krzywda.
Nie planowałam tego, co stało się potem. Ciężko też powiedzieć, że zadziałałam automatycznie, bo bycie mądrą matką nie przychodzi mi naturalnie. Ale po prostu tak wyszło.

Pozbierałam odcięte nitki. Zarządziłam przewiezienie jamnika do prowizorycznie urządzonego szpitala na kanapie. Poprosiłam córkę o narzędzia (nitkę i igłę) oraz o przygotowanie znieczulenia. Zastanowiłyśmy się wspólnie, czy wystarczy miejscowe czy też potrzebujemy ogólne. Podjęłyśmy decyzję, że zastrzyk w kręgosłup będzie akurat dobry, córka dostała zadanie trzymania zwierzaka za pluszową łapkę, a ja szyłam.

Po pięciu minutach piesek miał trochę mniej wąsików, i trochę krótszych, niż poprzedniego dnia, ale miał. Został wyściskany, utulony i wycałowany (oczywiście przedtem dostał zastrzyk usuwający znieczulenie). Wszystko było już w porządku.

Wszystko było w porządku. Było dobrze.
Przez przypadek zmieniłam beznadziejną historię w fajną i pomyślną akcję ratunkową. Myśląc o tamtym wieczorze obie wspominamy radość z nowych wąsików jamnika, a o smutku zapomniałyśmy. Zniknął.

***

Do nas należy ostatnie słowo. Jeśli sytuacja jest beznadziejna, możemy to zmienić. Nie zawsze nam się uda. Czasem nie da rady. Ale jeśli nic nie zrobimy, to zostanie tak jak jest - smutno. Dlatego musimy wierzyć, że zawsze się da. Żeby nam się chciało próbować, żebyśmy wiedzieli, że jest sens się starać.

***

Tydzień temu wczesnym rankiem pochwaliłam się córce, że kupiłam sobie nową herbatę. W prześlicznym kartonowym pudełku. Kupiłam ją poprzedniego dnia, nigdy wcześniej tej marki nie widziałam, chciałam spróbować. Wyobrażałam sobie jak codziennie przed pracą otwieram to śliczne pudełko, wybieram smak i parzę sobie gorący napój.

Kiedy wróciłam spod prysznica to piękne opakowanie leżało na kuchennym stole pocięte na drobne kawałki. Obok stała córka z nożyczkami.

Rozpłakałam się. Było mi tak strasznie źle - nie dlatego, że herbata, że pudełko, że 5 franków. Tylko dlatego, że ktoś pociął moją radość, moją nadzieję, zawiódł moje zaufanie. W środku aż skręcało mnie z żalu. Powiedziałam córce, że jest mi smutno i poszłam się szykować do pracy w swoim pokoju. Próbowała coś przepraszać czy się tłumaczyć, ale było mi za ciężko tego słuchać. Bo przecież wiedziałam, że to taki drobiazg - i że nie o ten drobiazg chodzi.

Potem zapomniałam o tej całej historii - prawdę powiedziawszy, po prostu nie miałam ochoty wracać do niej myślą.

Wczoraj, gdy odbierałam córkę z przedszkola, dostałam od niej list, w ręcznie wykonanej kopercie. Z profesjonalnie napisanym adresem, narysowanym znaczkiem itd. W środku była kartka z namalowanymi smokami i księżniczkami, oraz napisane nieporadnym pismem sześciolatki przeprosiny. Długie, ze szczegółowym wyjaśnieniem, jak mogę naprawić zepsute pudełko. Było widać, że włożyła w ten tekst wiele wysiłku i przemyśleń.


I wiecie co? To był najpiękniejszy list, jaki w życiu dostałam. Nagle wszystko było znowu dobrze. Herbata naprawdę przestała być ważna. Córka zmieniła świat - i teraźniejszość i przeszłość - na lepsze.
P.S. Ten wpis powstał już dawno temu, ale nie chciało mi się zmieniać "tydzień temu" na "3 miesiące i tydzień temu", więc zostawiłam, jak jest. Tylko dla porządku informuję.

Komentarze

Popularne posty

Strona na facebooku