Ostra jazda

Nie cierpię szybkiej jazdy samochodem. Uważam, że jest to niebezpieczne i głupie. Odczuwamy strach przed wysokością, bo ludzie pierwotni mogli spaść z drzewa czy klifu, więc była szansa, by taki wrodzony lęk się wykształcił. Jesteśmy potomkami tych, którzy czuli się niepewnie siedząc wysoko. Jesteśmy potomkami tych, którzy nie spadli. Ale nasi przodkowie nie mieli szans poruszać się z prędkością 200 km/h. Nie boimy się więc rozwijać przesadnych prędkości. Nasz wewnętrzny jaskiniowiec nas przed tym nie chroni. Ale rozum może - i dlatego uważam, że nie powinniśmy jeździć z niebezpieczną prędkością.

Szybki samochód. Fot. T. Pylak
Lubię czytać wszelkie statystyki (na przykład policyjne). Jestem boleśnie świadoma, że na polskich drogach ginie rocznie 3’000 osób, 12’000 zostaje ciężko rannych. Główną przyczyną wypadków nie jest alkohol (w mniej niż 10% przypadków w ogóle pijani uczestniczą - jako piesi, pasażerowie, kierujący). Najczęstszą przyczyną wypadków jest za duża prędkość (ponad ¼ wypadków śmiertelnych).
Trzy tysiące osób to dużo, prawda? Może powinniśmy w ogóle zakazać samochodów? Czy poświęcenie życia tylu osób dla niewątpliwej wygody korzystania z pojazdów i teoretycznej możliwości poprawy życia społecznego nie brzmi cynicznie? A jednak - jesteśmy, jako społeczeństwo, gotowi na takie poświęcenie. Komfort i potencjalne korzyści 35 milionów są ważniejsze niż życie kilku tysięcy kobiet i mężczyzn.
Ale może możemy zwiększyć bezpieczeństwo w inny sposób?
Mnie osobiście podoba się rozwiązanie szwajcarskie. Wszyscy jadą dokładnie w przepisowym tempie, nikt nawet nie próbuje przekraczać pięćdziesiątki w mieście, a na autostradzie jedynie afrykańscy książęta pędzą dwusetką (i z zaskoczeniem odkrywają, że karą za takie przekroczenie prędkości jest konfiskata ich Ferrari, true story).
Czy wierzę, że takie rozwiązanie dałoby się w Polsce zastosować? Nie bardzo. Ale są inne propozycje. Na przykład słyszałam sugestię, by znieść ograniczenie prędkości na autostradach.
Czy jestem za tym, żeby ludzie jeździli dowolnie szybko? Nie.
Ale widziałam polskie autostrady. “Legalizacja szybkiej jazdy” nie oznacza w tym przypadku pozwolenia kierowcom na coś czego wcześniej nie mogli robić i co by im nawet nie wpadło do głowy. “Legalizacja szybkiej jazdy” oznaczałaby tylko, że ludzie, którzy już teraz jeżdżą za szybko, nie dostawaliby mandatów.
Jeszcze raz: czy jestem za pozwoleniem na szybką jazdę? Nie. Zdecydowanie nie. Uważam to za głupie i niebezpieczne.
Ale gdyby ktoś kazał mi zdecydować, czy chcę zniesienia ograniczenia prędkości na autostradach - zastanowiłabym się.
Może jak będzie jasno powiedziane, że nie ma ograniczenia, to nikt nie będzie jechał 130 km/h lewym pasem, “zmuszając” szybszych do wymijania z prawej?
Może jak będzie jasno powiedziane, że można jechać szybciej, to administracja będzie musiała dostosować drogi do tego?
Może jak prawie zawsze będzie można jechać szybko, ludzie zaczną na poważnie traktować znaki “Niebezpieczne miejsce, zwolnij do 80 km/h”?
Może jak będzie można jechać szybciej na autostradzie, to ludzie nie będą tak pędzić wąskimi drogami?
Może jak będzie można legalnie jechać szybko, to ludzie nie będą stwarzać niebezpiecznych sytuacji hamując na widok stojącego z boku patrolu?
Odpowiedź nie jest oczywista. Ale jeśli zobaczę, że jest szansa, że to zwiększy bezpieczeństwo, to z pewnym ociąganiem, ale opowiem się za. Jeśli ograniczenia prędkości są tylko pustym prawem, jeśli i tak kierowcy pędzą jak szaleni, to ja wolę, żeby szybka jazda została zalegalizowana (jeśli widzę, że przyniesie to korzyści).

Bo to nie jest tak, że mnie rajcują te okrągłe biało-czerwone znaki z numerkami porozstawiane przy drodze. Mnie chodzi o to, żeby było bezpiecznie.

***

To jest ilustracja do tego wpisu - a ogólniej, dodatkowy przykład, że niezgoda na pewne zachowanie nie musi koniecznie oznaczać brak zgody na jego legalizację. To nie jest takie automatyczne.





Czytaj dalej: Ogry i wampiry

Komentarze

Popularne posty

Inne ciekawe blogi

Strona na facebooku