Kalorie i pieniądze

Uwaga: to jest wpis o jedzeniu. Jeśli masz zaburzenia żywienia, to możliwe, że nie chcesz tego czytać. Nie jestem dietetyczką, mam bardzo powierzchowną wiedzę i piszę tylko o swoich własnych doświadczeniach. Nie będzie tam raczej nic, o czym wcześniej byś nie widział/nie wiedziała. Sama/Sam wiesz lepiej, co robić.
***
Cały ten blog mógłby się nazywać: “Rzeczy, które pewnie wszyscy wiedzą, a o których ja dowiedziałam się mając 37 lat.” Serio. Ogrom mojej niewiedzy mnie czasem przytłacza! Ale do rzeczy :)
***
Wyobraźcie sobie osobę, która skończyła studia, usamodzielniła się, ma własne życie - i do tej pory nie wie, co to są ceny. Niech się nazywa Zońka.
Wszystko było dobrze, dopóki dostawała dodatkowe zlecenia i póki rodzice traktowali ją jak małolatę, która wciąż potrzebuje kieszonkowego. Potem nagle coś zaczęło się psuć. Nie od razu oczywiście. Ale co jakiś czas dostawała upomnienia z banku, że na koniec miesiąca jest na minusie. Nie dużo, więc nie przejmowała się za bardzo. Zresztą, konto miała w wersji premium, więc overdraft był dozwolony. Po co więc miałaby sobie tym zaprzątać głowę?
Nie, to nie do końca prawda. Trochę ją martwiły te czerwone cyferki na wyciągach. Po cichu sobie postanowiła, że musi coś z tym zrobić. Zaczęła oszczędzać.
Najpierw skusiła ją idea minimalizmu. Przecież jeśli nie będzie na nic wydawać pieniędzy, to sporo zaoszczędzi, prawda? Na obiad ugotowała makaron z fasolką z zapasów na “czarną godzinę”. Zignorowała lampkę wymiany oleju, więcej - na imprezę pojechała autobusem bez kupowania biletu! Taka była dzielna. Z ciężkim sercem zrezygnowała też z zarezerwowania podróży do siostry - loty są przecież okropnie drogie.
Nie skończyło się dobrze. W nocnym autobusie złapał ją kanar (jak to w ogóle możliwe! Wszyscy jej mówili, że w nocnych nie sprawdzają biletów!), trzeba było przeprosić się z samochodem. Olej skończył się niespodziewanie na trasie i musiała go uzupełniać w jakimś potwornie drogim warsztacie pod Warszawą. Zmęczona wróciła do domu, zastała tam pustą lodówkę i jedynym rozwiązaniem była kolacja w restauracji za rogiem. Siostra zadzwoniła i przypomniała jej, że musi przyjechać, bo obiecała zająć się siostrzeńcami w czasie ferii. Oczywiście bilety lotnicze w międzyczasie podrożały.
Stan konta zanurzył się jeszcze bardziej pod kreskę. Zońka zrozumiała, że nie chodzi o to, żeby nie wydawać w ogóle żadnych pieniędzy. To jest całkiem bez sensu. Jeśli nie kupi się czegoś, co jest potrzebne we właściwym czasie, to potem nie ma się wyboru i trzeba kupić jakiś szmelc za grube pieniądze. Od tej pory będzie kupowała tylko produkty dobrej jakości i to z wyprzedzeniem! Teraz na pewno jej się uda!
Szło nieźle. Nie kupiła jakiegoś byle co na rynku - tylko markowe perfumy z drogerii. Szalenie efektywne - jedna kropelka wystarcza na cały dzień. Sprawdziła, że roczny abonament na siłowni dużo bardziej się opłaca niż jednorazowe wejścia i zdecydowała się na abonament. Wymieniła lodówkę na taką z najwyższej (czy może to była najniższa?) klasy energetycznej. Przed imprezą powstrzymała się przed kupnem fikuśnych kolczyków (w zestawie trzy pary wraz z wisiorkami) - zamiast tego kupiła takie delikatne złote kolczyki z malutkimi brylancikami. Bez wisiorka!
Myślicie, że to pomogło? Nie bardzo.
Na szczęście koleżanka zdradziła jej super sekret na oszczędzanie - kupować tylko czerwone rzeczy! Wbrew pozorom ta metoda okazała się skuteczna. Zakupy wymagały trochę więcej wysiłku - znalezienie ładnej czerwonej torebki wcale nie jest proste! - ale summa summarum wydawała mniej. Przez jakiś czas z miłą przyjemnością przyglądała się zmniejszającemu się zadłużeniu. Tak! Wreszcie nad tym zapanowała! Udało się!
Tylko że po trzech miesiącach zaczęło się jej robić niedobrze na widok czerwonych rzeczy. Potrzebowała płaszcza na zimę - jeśl kupi do czerwonych butów, torebki i czapki jeszcze czerwony płaszcz, to zacznie wyglądać jak Czerwony Kapturek! Nie ma mowy. Płaszcz szary. Pościel w kwiatki. Niebieskie, żółte, fioletowe - nic czerwonego. No i wreszcie mogła kupić te wszystkie książki, które nie miały krwistego koloru w tytule - tak długo na to czekała! Powoli kolorystyczny zestaw zakupów wrócił do normy.
Ale dla odmiany czerwone cyferki na wyciągach znowu zaczęły rosnąć.
No dobra, to może trzeba po prostu kupować rzeczy tanie? Spróbujmy. Zamiast ciastka w cukierni na Starym Mieście kupowała paczkę pączków z dyskontu. Zamiast markowych butów - najtańsze z bazaru. Trzy pary - to pewnie reakcja na wcześniejsze ograniczenia kolorystyczne. Odkryła też fajny lumpeks w swojej okolicy. Udało jej się znaleźć superancki sweterek z kotkiem i taki z serduszkiem, i w kratkę, i z golfem - wróciła do domu z dwoma wypchanymi torbami ubrań na jesień.
Ale stan konta wcale się nie polepszał.
Bank zaprosił Zońkę na rozmowę. Miła pani konsultantka proponowała pomoc w utrzymaniu budżetu w ryzach. Ale Zonia nawet jej nie słuchała. Puszczała mimo uszu wszystkie te słowa, z którymi styczność już jej zbrzydła. Tanie. Drogie. Dobrej i złej jakości. Mniej kupować. Kupować z rozmysłem. Przecież ona to wszystko już próbowała! I każda próba kończyła się źle - kończyła się jeszcze większymi długami. Siedziała więc w banku, udawała, że słucha, a tak naprawdę myślała o filmie, który oglądała poprzedniego dnia. Nie ma mowy! Nie da się wciągnąć w jeszcze jedną próbę oszczędzania. To jest jak jo-jo! Im bardziej próbujesz oszczędzać, w tym większe długi wpadasz za chwilę. Nie rozumiała, jak to działa, ale intuicja jej podpowiadała, że nie powinna znowu zaczynać bawić się w kontrolę wydatków. Tyle razy już zaczynała - i co? Tylko wpadła w jeszcze większe kłopoty. Podziękowała więc miłej pani z banku, uśmiechnęła się i obiecała, że się zastanowi. Ha, ha! Niedoczekanie! Nigdy więcej!
Zońka pogodziła się ze swoją sytuacją. Niektórzy mają oszczędności, inni korzystają z overdraftu. Tak już w życiu jest, może to geny, a może niesprawiedliwość losu. Nie ma sensu się tym zamartwiać, życie jest jedno i trzeba się nim cieszyć, a nie walczyć z wiatrakami.
Wiecie, czego nikt Zoni nie powiedział? Że musi patrzeć, ile coś kosztuje i starać się nie wydawać więcej niż zarabia. Proste? To czemu ona nigdy wcześniej na to nie wpadła??? Czemu nikt jej nie uświadomił?
***
Tyle przypowieści. Myślicie, że Zońka była strasznie głupia, bo nie umiała dostrzec zależności między tym, ile wydaje, a tym ile ma na koncie?
To teraz wyobraźcie sobie, że mniej więcej takie pojęcie jak ona o cenach miałam ja, Limotini, o wartości energetycznej produktów. O kaloriach. Aż wreszcie przeczytałam ten artykuł (po angielsku) i wszystko stało się jasne.
Dokładnie tak, jak produkty mają swoje ceny, tak jedzenie ma wartość kaloryczną. Każdy z nas potrzebuje jakąś ilość energii, żeby normalnie funkcjonować. Jeśli jemy więcej, niż potrzebujemy - to robimy się grubsi. Jeśli jemy mniej - to chudniemy. Ideałem byłoby jedzenie średnio mniej więcej tyle, ile nam potrzeba.
To jest dokładnie takie proste. Choć ustalenie, ile energii potrzebuję wcale nie jest łatwe - bo zależy od tego, ile ćwiczę, jak daleko chodzę, jak stresującą mam pracę, jak wiele ruchu wymaga ode mnie opieka nad dziećmi, w jakim jestem wieku - i tak dalej. Tak jak to, ile mogę w miesiącu wydać zależy od tego, jaką mam pracę, czy mam jakieś dodatkowe zajęcie na boku, czy mam oszczędności, czy w razie czego dostanę jakieś pieniądze od mamy. Nasze wydatki energetyczne i nasze przychody są różne. Ale to nie zmienia faktu, że aby nie wpaść w długi, musimy wydawać nie więcej niż zarabiamy. A żeby nie przytyć - zjadać nie więcej niż spalamy. Nasze organizmy też są różne - inaczej planuję wydatki mieszkając w Szwajcarii niż gdy mieszkałam w Seattle. W Stanach mogłam sobie zawsze pozwolić na wyjście do restauracji - bo jedzenie na mieście było tanie. W Zurychu obiad w ładnym lokalu zostawiam raczej na wyjątkowe okazje. Różne kraje mają różną strukturę cen. Tak jak nasze ciała trochę inaczej reagują na to, co jemy. Co nie zmienia faktu, że bilans energii zjedzonej i energii wykorzystanej musi się zgadzać.
Czy to sprawiedliwe? Pewnie, że nie. Fajnie byłoby, żeby wszyscy mogli zjadać golonkę z bigosem - jak górnik wracający ze zmiany pod ziemią. Fajnie, jakby wszyscy mogli kupować sobie jachty - jak właściciel kopalni. Ale tak nie jest i nie jestem pewna, czy możemy zrobić coś lepszego, niż się z tym pogodzić.
Nie zrozumcie mnie źle. Jest bardzo wiele spraw, które są ważniejsze od pieniędzy czy szczupłej sylwetki. Są rzeczy, za które warto się zadłużyć. Nie zawsze trzeba sobie żałować jedzenia. Ale kiedy znajdziemy się w sytuacji, że CHCEMY być chudsi, to wtedy przydatne jest pamiętanie, że zasada jest prosta: bilans musi się zgadzać. I możemy o kaloriach myśleć jak o złotówkach.
Dokładnie tak samo, jak nie możemy nie wydawać pieniędzy, tak samo nie możemy zrezygnować z jedzenia. Jedzenie jest nam potrzebne. Nie o to chodzi by nie jeść wcale - tylko o to, żeby jeść z umiarem.
Większość diet działa. Naprawdę. Większość diet nakłada bowiem na człowieka ograniczenia, które sprawiają, że zjada mniej w kalorii niż normalnie. Nawet taka głupia dieta, że jemy tylko produkty w określonym kolorze, może sprawić, że schudniemy. Bo jak mamy mniejszy wybór, to zjemy trochę mniej niż trzeba. I często to wystarczy, by schudnąć. Tylko może być bez sensu na dłuższą metę.
Żywność nie dzieli się na tuczącą i nietuczącą. Tak samo jak towary nie dzielą się na tanie i drogie. Czekoladka z cukierni na Bahnhofstrasse jest strasznie droga (pojedyncza kosztuje około jednego franka) - ale wydamy na nią mniej niż na półkilową paczkę ciasteczek w Lidlu (w Zurychu). Jedna “droga” czekoladka kosztuje mniej niż paczka “tanich” ciastek.
Różne rodzaje jedzenia mogą być mniej lub bardziej zdrowe - ale nie ma to dużego związku z tym, czy od nich przytyjemy. Lepiej jeść banany niż landrynki - tak samo jak lepiej kupić nową Skodę niż starego Malucha. Ale banan ma 5 razy więcej kalorii niż cukierek, a nowe auto kosztuje sporo więcej niż stare. Niekoniecznie “zdrowa” czy “dobra” rzecz jest nam akurat w tym momencie potrzebna.
No i wreszcie ten tajemniczy efekt jo-jo. Kiedy zaczynamy myśleć w kategoriach “przychody > wydatki”, to nagle tajemniczość tego zjawiska znika. Co z tego, że jakimś cudem uda nam się finansowo wyjść na zero (bo na przykład wygramy w totka), skoro nadal będziemy wydawać więcej, niż zarabiamy? A jeśli jeszcze do tego dodamy to niebezpieczne poczucie, że teraz już na wszystko możemy sobie pozwolić - to bez trudu możemy sobie wyobrazić, jak to się skończy.
***
Tych analogii finansowo-dietetycznych jest więcej. Mnie bardzo pomogło ułożenie sobie tego w głowie właśnie przez takie porównania. Zjadłabym sobie tort czekoladowy. Cały. Kupiłabym sobie też dom w Zurychu. Z ogrodem. Ale tak z ciastem jak i z nieruchomością, teraz pytam się siebie - czy mnie na to stać? I wiem, że nie na wszystko mogę sobie pozwolić. Niektóre rzeczy po prostu nie mieszczą się w moim obecnym budżecie. Mogę zjeść kawałek tortu. Mogę wynająć mieszkanie z balkonem. I wiecie co? Wydaje mi się, że to mi wystarcza. A świadomość tego, że znam dobrze moje możliwość sprawia mi satysfakcję. Nawet jeśli te możliwości nie są takie, o jakich bym marzyła.

P.S. Czy ktoś z Was jest zainteresowany przeczytaniem więcej o przygodach Limotini z kaloriami? Bo ja mogę tak długo :)

Komentarze

Popularne posty

Inne ciekawe blogi

Strona na facebooku