Ja i kalorie...

… czyli jak schudłam 7 kg w siedem tygodni (część druga).

Uwaga: to jest wpis o jedzeniu. Jeśli masz zaburzenia żywienia, to możliwe, że nie chcesz tego czytać. Nie jestem dietetyczką, mam bardzo powierzchowną wiedzę i piszę tylko o swoich własnych doświadczeniach. Nie będzie tam raczej nic, o czym wcześniej byś nie widział/nie wiedziała. Sama/Sam wiesz lepiej, czy jest sens to czytać.
Trzy rzeczy wydarzyły się prawie jednocześnie. Po pierwsze - te bolące stopy. Po drugie - sąsiadka spytała mnie radosnym głosem, czy spodziewam się trzeciego dziecka (nie). Po trzecie, przeczytałam ten artykuł (o którym wspominałam w poprzednim wpisie). Oprócz tego, że mnie oświecił to też mocno zmobilizował do działania. Zainstalowałam sobie myfitnesspal na komórce - i postanowiłam zobaczyć co się będzie działo.
Puentę już znacie: schudłam. Od pięćdziesięciu dni notuję sobie na komórce wszystko, co jem i staram się nie przekraczać rozsądnego dziennego limitu (tylko troszkę niższego niż to, co mi teoretycznie jest potrzebne do utrzymania wagi). I chudnę. Chudnę w tempie kilograma na tydzień.
Jest to bajecznie proste. Jem to samo, co jadłam, tylko w mniejszych ilościach. Czasem jestem głodna. Szczególnie jak sobie pozwolę na większy deser, a do kolacji zostało sporo czasu. Zwykle jednak głodna jestem tylko tuż przed następnym posiłkiem - i to jest całkiem przyjemne uczucie.
Jem słodycze. Mniej niż wcześniej. Ale jem.
Dokładnie tak: jedyne co zmieniłam w swoim odżywianiu, to wielkość porcji. Nic więcej. Po prostu zaczęłam jeść mniej.
Dla każdego z nas co innego jest wyzwaniem. Ja znalazłam się w takiej sytuacji, że brakowało mi tylko jednego elementu układanki. Jak go odkryłam, to nagle wszystko stało się całkiem proste.
Tak - dobrze czytacie. Ten kawałeczek, którego nie miałam, to świadomość, że ilość zjadanych kalorii ma znaczenie. Serio? Dorosła kobieta może sobie nie zdawać sprawy z tego, że tyje od jedzenia? Tak. To znaczy: OCZYWIŚCIE wiedziałam, że to od jedzenia robię się grubsza - ale zupełnie nie miałam pojęcia co dalej z tym robić.
Nigdy, ani razu w życiu nie przyszło mi do głowy, by sprawdzić wartość kaloryczną jakiegoś produktu. Nigdy. Nigdy nie pomyślałam, że możliwa jest jakaś w miarę ścisła ocena, czy nałożona porcja jest odpowiedniej wielkości. Nigdy. Choć przecież wiedziałam, że wszyskie kupowane artykuły mają informację na temat wartości odżywczych. Widziałam ją - a jednak dla mnie mogłaby równie dobrze być w obcym języku, tyle z niej rozumiałam.
Nigdy nie przeszło mi przez myśl, by się zastanowić na poważnie, czy nie jem za dużo. Miałam jakąś tam intuicję, że jak zjem pół ciasta, to pewnie będzi trochę przesada - ale czy tylko troszeczkę za wiele, czy też kompletnie nie do przyjęcia - nie miałam pojęcia.
Kiedy zaczęłam liczyć kalorie, to poczułam się, jakby otworzyły mi się oczy. Nagle świat z tajemniczego, niezbadanego, całkowicie poza moją kontrolą stał się prosty, jasny i łatwy w obsłudze. Zaczęłam rozumieć, co się wokół mnie dzieje.
To jest niesamowite uczucie. Poczucie, że mam wpływ na to ile ważę jest chyba nawet fajniejsze od przyjemności włożenia na siebie niebieskiej sukienki, z którą już się rok temu pożegnałam.
***
Co wcześniej robiłam źle?
Tak naprawdę niewiele. To w sumie najbardziej mnie denerwuje. Tak łatwo mogłam uniknąć całej tej zabawy w odchudzanie, gdybym tylko sześć lat temu wiedziała to, co wiem teraz.
Dużo robiłam bowiem dobrze.
Z zaskoczeniem odkryłam na przykład, że obiady, które gotuję w domu, mają dokładnie taką wartość odżywczą jak trzeba. I to konsekwentnie - rodzinne posiłki w moim wykonaniu są i sycące i z odpowiednią ilością kalorii. To miłe.
Moje upodobanie do wody i herbaty też się przydało. Picie mam gratis - mogę pić ile chcę, bez myślenia, a z przyjemnością. To mocno ułatwia.
Warzywa i owoce też są fajne - można ich jeść sporo (choć oczywiście się liczą) i są smaczne.
No to co było nie tak?
Nie widziałam różnicy między jednym batonem a trzema batonami. I to w żadnym sensie! Przyjemność ze zjedzenia jednej czekoladki mam mniej więcej taką samą, jak ze zjedzenia trzech. Nie przyszło mi do głowy, że to ma znaczenie ile ich zjem! Gdzieś po głowie mi się błąkało przekonanie, że czekoladki są złe i trochę czułam się winna jedząc je - ale nie pomyślałam, że może jedna sztuka jest w porządku, a więcej już niekoniecznie.
Przekonałam się, jak łatwo człowiek zapomina, ile już tego dnia zjadł. Tu trochę tego, tam coś jeszcze - ma się wrażenie, że prawie nic się nie tknęło. A kalorie się sumują niepostrzeżenie.
Czasem próbowałam być dzielna. Rezygnowałam z deseru (tak na oko 200 kcal) i zamiast niezdrowych słodyczy zjadałam miseczkę orzeszków (jakieś tysiąc kcal). Bez choćby cienia myśli, że mogę coś robić źle.
Albo wchodziłam do sklepu mając ochotę na coś do zjedzenia. Mogłam sobie kupić paczkę czipsów (130 kcal) albo mleczko w tubce (900 kcal). Oba wybory wydawały mi się równie słuszne - czemu nie miałabym kupić sobie czegoś, co lubię?
Na stołówce na pewno często nakładałam sobie zbyt wiele. Nie z jakiegoś strasznego łakomstwa - po prostu nie miałam pojęcia jak ocenić, ile będzie dobrze.
I tyle.
***
Wiecie co jest najgorsze? Że w ciągu ostatnich paru lat rozmawiałam z kilkoma osobami na temat mojej wagi: z lekarką w przychodni, z lekarką przy badaniach okresowych, z trenerem na siłowni (nie, nie chodzę na siłownię - ale u mnie można się zgłosić do trenera po poradę nawet jak się nie ćwiczy). I nikt mi nie powiedział: “pewnie jesz za dużo”. Nikt mnie nie uświadomił, że może nie umiem dobrze ocenić “na oko” czy nie zjadłam zbyt wiele. Usłyszałam za to dużo o “zwalniającym metabolizmie”. O moim wieku. O tym, że kobiety tak mają. O tym, by pić dużo wody. O zdrowym żywieniu: orzechy, ryby, brokuły… A to wszystko tylko wzmagało moje przekonanie, że nie mam nad swoją wagą żadnej kontroli.
Wszyscy jak jeden mąż zakładali, że na pewno nie byłabym w stanie liczyć kalorii. Że to byłoby za trudne, za skomplikowane i za męczące. Że nie byłabym w stanie kontrolować ilości zjadanego jedzenia. Proponowali mi mętne zasady, które miały być prostsze, a były (dla mnie) do niczego.

A to, czego ja potrzebowałam, to właśnie jednej małej, prostej reguły. I tyle.

Komentarze

Popularne posty

Inne ciekawe blogi

Strona na facebooku