Podstępne “być może”

Hamburger, którego zjadłam bez wyrzutów sumienia mimo diety. Bo mogłam.

Idę Bahnhofstrasse, najbardziej reprezentatywną ulicą Zurychu. Po bruku jeżdżą tylko tramwaje i taksówki, na szerokich chodnikach tłum ludzi, wystawy sklepów pięknie udekorowane i oświetlone.
Jest mi dobrze. Mijam sklep Tiffaniego i Gucciego. Dalej Prada i Luis Vuittiton. Oglądam zegarki za kilkadziesiąt tysięcy franków. Sukienki w cenie małego samochodu. Pierścionki z brylantami i prawdziwe perły.
Żadna z tych rzeczy mnie nie kusi. Nie muszę odwracać wzroku, nie muszę przemykać chyłkiem. Mogę się zachwycać biżuterią czy zadziwiać krojem najnowszych krzyków mody i ani przez moment nie muszę walczyć ze sobą.
***
Dochodzę do Rennweg. Na przeciwko mojej ulubionej cukierni stoi Starbucks. A może by tak kupić sobie Mokkę? Wiem, że to marnowanie pieniędzy, średnia kawa kosztuje osiem franków. Rozumiecie? 8 chf za deser kawowy. Nawet na Szwajcarię te ceny są zadziwiające. No, nie powinnam! Ale kusi. Pachnie. Ledwo pomyślałam, a już czuję w ustach smak bitej śmietany z czekoladą. 8 franków! Ale kawa. 8 franków! Ale ten smak czekolady pomieszanej z mokką!
Wchodzę. Kupuję. Czuję się winna.
***
Wracam z pracy do domu. Pada, jest zimno i wieje wiatr. Chcę wybrać najkrótszą drogę, ale nagle przypominam sobie, że rano skończył się papier toaletowy. Wyrzuciłam do śmieci ostatnią, pustą, rolkę. Wzdychem. Idę jednak tą dłuższą drogą, tak, żeby przejść koło Coopa. Jest nieprzyjemnie i mokro, ale cóż - trzeba. Nie wymaga to ode mnie żadnego wysiłku woli - trzeba kupić papier i już. A że pada - no co ja na to mogę poradzić.
***
Kończę pracę. Miałam w planach pójść kupić prezent dla brata, ale Agatha Christie w plecaku tak kusi! Może siądę sobie na ławeczce i jednak poczytam? Nie chce mi się jechać do centrum. Wiem, że powinnam. Obiecałam sobie. Ale tak jestem ciekawa, co panna Marple wymyśli! I czy Jones rzeczywiście jest winny? No, ale prezent! Powinnam jechać i kupić! Książka. Prezent.
Przegrywam tę walkę. Siadam z książką. Czuję się winna.
***
Siedzę w pracy. Jestem po obiedzie, fitnesspal pokazuje mi, że do końca dnia mogę jeszcze zjeść 400 kalorii. Tyle co normalna kolacja i może jeszcze jakieś jabłko. Idę do kuchni po herbatę. Ktoś miał urodziny i zostawił na stole stos pączków, z zachęcającą karteczką “Smacznego!”. Pączki pachną smakowicie, ale wiem, że jak zacznę jednego, to będę musiała zjeść do końca, a potem wieczorem będę głodna. I będę musiała zjeść kolację. I nie schudnę.
Nie biorę pączka. To nie jest wcale trudne. Nie kusi już, wiem przecież, że nie mogę go zjeść. Nie wymaga to ode mnie wcale dużego wysiłku woli.
***
Aż pewnego dnia się zatrzymałam i spytałam samej siebie: “Dlaczego?” Dlaczego nie mam ŻADNEGO problemu z powstrzymaniem się od kupienia pierścionka z brylantem (ślicznego!), a przegrywam z kawą? Dlaczego po prostu idę po ten głupi papier toaletowy, a ulegam pokusie, jak mam kupić prezent? Dlaczego przez lata nie potrafiłam się powstrzymać od zjedzenia czekolady, a teraz bez emocji patrzę na pączki?
To proste, prawda? Nie mam tych dwudziestu tysięcy na diamentową biżuterię. No nie mam, nie mogę jej kupić. Nawet markowa sukienka nie jest zagrożeniem - nigdy w tych drogich sklepach nie kupuję, więc w ogóle nie traktuję tego jako opcji do wyboru. A kawa - no, niby to głupi wybór. Niby nie powinnam. Ale tak jakby mogę. Po jednej stronie smaczna kawa - po drugiej niby, tak jakby, prawdopodobnie to głupi wydatek. No oczywiście, że wybieram kawę.
Po jednej stronie pewność wieczoru bez papieru toaletowego, po drugiej nic strasznego - ot spacer w deszczu - damy radę! Wybór jest prosty, prawda?
Po jednej stronie być może, tak jakby, pewnie w przyszłości ten prezent kupię - a po drugiej ganianie po sklepach zamiast miłej lektury. Wybór jest prosty, prawda?
Mój mózg nie jest głupi. Mój mózg nie wybiera przeciw mnie. Nie wsiądę bez pieniędzy do pociągu do Bazylei - bo WIEM, z całą PEWNOŚCIĄ, że konduktor będzie sprawdzał bilety i będę miała duże problemy. Ale jak wracając ze spaceru zorientuję się, że nie mam na bilet, no to wsiądę do tramwaju. Bo niby wiem, że nie powinno się jeździć na gapę, ale pewnie, być może, najprawdopodobniej nic się nie stanie. A ja już jestem zmęczona.
Jest ogromna różnica między “na pewno będzie źle” a “być może to nie będzie dobre”. Ogromna!
***
Jak się jeszcze przypatrzycie powyższym przykładom, to zobaczycie coś bardzo dziwnego. Ta różnica jest tylko w mojej głowie. Tylko. Są osoby, dla których spcer wśród Prad i Guccich będzie torturą. Większość turystów zobaczywszy ceny w Starbucksie nawet przez chwilę nie potraktuje poważnie pomysłu kupienia tam kawy. To ja tak naprawdę decyduję, czego naprawdę, z całą pewnością, nie mogę. To ja decyduję, co być może, prawdopodobnie mogę.
Zmieniłam swoje podejście.
Stoję przed wyborem: chciałabym poleniuchować, ale powinnam kupić prezent. Wymazałam “być może”. Jeśli nie pójdę dzisiaj - to co się stanie? Jutro odbieram dzieci z przedszkola, a z nimi po sklepach nie będę jeździć, bo to za bardzo uciążliwe. W czwartek mam spotkanie w pracy do dziewiętnastej i nie zdążę. W piątek są urodziny i nie dość, że musiałabym się spóźnić, to jeszcze poważnie ryzykuję, że upatrzonej rzeczy w sklepie nie znajdę i będę musiała pojawić się z pustymi rękami. OK, czyli jedyny rozsądny termin to dzisiaj. Muszę dzisiaj kupić prezent. Już nie stoję przed wyborem “książka czy kiedyś w przyszłości kupię”. Teraz wybór jest “książka albo brak prezentu dla brata”. Ten wybór jest bajecznie prosty. Chowam lekturę do torebki i ruszam na miasto. I wcale nie jest to trudne!
Stoję znowu przed Starbucksem, tym razem na Enge. Kawa, którą lubię - tyle że droga. Kaloriami nie muszę się przejmować, dziś nie muszę się tym martwić. Wymazuję “być może”. Jeśli kupię kawę dzisiaj - co się stanie? Jestem w tej luksusowej sytuacji, że 8 franków nie rozwali mi domowego budżetu. Nie mam aktualnie żadnego sprecyzowanego celu, na który zbieram. Nic się nie stanie, jak kupię kawę. Nawet i za dziesięć franków. Mogę. Nie muszę czuć się winna. Nie muszę przegrywać. Mogę.
***
To jest prosty trick, który pozwala:
  • dokonywać w życiu mądrzejszych wyborów
  • całkowicie wyeliminować poczucie winy
  • podejmować trudne (to znaczy takie, które kiedyś uważałam za trudne) decyzje bez wysiłku
  • być szczęśliwszym
Do or not do. There is no "I shouldn't but...".
Albo mogę, albo nie mogę. Nie ma “być może”. Decyzje bez niepewności są proste. Nie wymagają wysiłku woli. Decyzje w sytuacji, kiedy pewnie nie powinnaś, ale w sumie być może nic się nie stanie, są cholernie trudne. Zamieniając jedne na drugie, możesz zmienić swoje życie na prostsze.


P.S. Podejrzewam, że żeby to działało, trzeba być wyspanym. Mówiłam już Wam, że sen jest ważny?

Komentarze

Popularne posty

Inne ciekawe blogi

Strona na facebooku