Nie można okraść sprzedawcy

Dzisiejszy wpis będzie o tym, jak uświadomiłam sobie, że świat nie jest oczywisty i łatwy, a odróżnienie dobra od zła wcale nie takie oczywiste, jakbym chciała. Jeśli i Ty żyłeś w przekonaniu, że moralność może być trudna w praktyce (te pokusy!), ale w teorii daje się zamknąć w dwóch (no, może dziesięciu) słowach - to uważnie czytaj dalej. A jeśli myślałaś na dodatek, że nie może być nic złego w powiedzeniu, że białe jest białe, a czarne - czarne, to czytaj. Bo jest ciekawie.

Montreux, Szwajcaria

Celowo i całkiem świadomie będę pisała o prostej zasadzie “Nie kradnij”. Dlatego że w tej sprawie wszyscy się zgadzamy, nie jest to kwestia wywołująca jakieś większe emocje i nie ma w zasadzie żadnego zamętu w definicjach. Więc powinno być łatwo, miło i przyjemnie. A nie jest.
To nie jest żadna metafora! Pisząc o kradzieży mam na myśli li i jedynie kradzież i nie próbuję podpasować się pod inną tematykę. Oczywiście widzę, że nie jeden, lecz wiele kontrowersyjnych tematów dałoby się wcisnąć ten schemat - dlatego, że mechanizmy, według których działa nasza psychika, mechanizmy, które kształtują naszą wolę, wewnętrzne wnioskowanie na temat tego co powinniśmy robić, a przed czym się powstrzymać - jest takie samo.
Moja nadzieja jest taka, że jeśli uda mi się pokazać, jak bardzo złożona jest taka prosta i niekontrowersyjna kwestia, to i w przypadku spraw wywołujących więcej emocji ktoś się na chwilę zatrzyma i pomyśli: “Ha! A może tu jest tak samo? Może tutaj też są cienie i tysiąc rodzajów szarości?”.
No więc zaczynamy: Nie kradnij.
To proste, prawda? Kraść nie wolno. Co więcej: to jest obowiązek złodzieja, żeby się pilnował i nie uległ pokusie złodziejstwa. Normalny człowiek powinien móc spokojnie żyć bez konieczności wkładania specjalnego wysiłku w to, by nie zostać okradzionym. Nie musi mieć krat we wszystkich oknach, nie musi zamykać drzwi na specjalistyczny zamek. Nie musi zawsze trzymać plecaka przed sobą. Nie musi krzyczeć “To moje!”, gdy tylko ktoś zerka na przedmiot, który należy do niego. To wszystko przyjmujemy za w miarę naturalne, a przynajmniej jako wizję świata, w którym przyjemnie byłoby żyć.
A jeśli akurat w środowisku, w którym się znajdujemy, te przekonania nie są przyjmowane za naturalne - to pewnie chcemy je podkreślać i ich bronić. Złodziej jest zawsze winny. Ofiara jest zawsze niewinna. Oczywiste! Ciężko nawet sobie wyobrazić, że ktoś mógłby myśleć inaczej. Jeśli ktoś jest przeciwny, to pewnie sam jest złodziejem i chce wykorzystywać innych!
Tylko że kiedy patrzymy na jakąś sytuację, to nie widzimy złodzieja, który kradnie i ofiary, której zabierają jej własność. Złodziej i ofiara to są etykietki, które my, obserwatorzy, naklejamy na postaci, w zależności od tego, co wiemy na temat tego, co się wydarzyło. Ale to nie jest to, co widzimy.
Widzimy sytuację, kiedy najpierw jedna osoba (osoba A) ma jakiś przedmiot - dla ustalenia uwagi przyjmijmy, że to książka - a potem druga osoba (osoba B) ten przedmiot przejmuje. Żeby tę sytuację nazwać kradzieżą, musi być spełnionych kilka warunków:
  • książka należy do osoby A
  • osoba A nie chce tej książki oddać
  • osoba B wie, że książka należy do A
  • osoba B nie ma żadnych praw do tej książki
  • osoba B wie, że A nie chce książki oddać
Oczywiste jest, że jeśli B zabiera książkę należącą do A, która to osoba książki oddać nie chce, to osoba B jest złodziejem i powinna natychmiast przestać, a A należy pocieszyć.
Tylko że to właśnie JEST oczywiste i to nie wymaga tłumaczenia. Problem NIE POLEGA na tym, że taka sytuacja dla kogoś jest niejasna. Problem polega na tym, że niekoniecznie zgadzamy się, że z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia.
Kiedy osoba A mówi do B: “Trzymaj, to dla ciebie!” i wręcza jej książkę - to nikt nie nazwie tego kradzieżą. Nikt rozsądny nie powie: “O, ale przecież B powinien się najpierw upewnić, czy A rzeczywiście chce tę książkę oddać, czy A ma prawo książką dysponować itd.”. Wszyscy zakładamy, że A wystarczająco jednoznacznie wyraziło chęć oddania książki.
A co jeśli osoba A położyła książkę w pudełku z napisem “Gratis zum mitnehmen” (popularny sposób pozbywania się niepotrzebnych rzeczy w Zurychu)? Nadal nikomu się to z kradzieżą nie skojarzy. I słusznie.
A co jeśli przez przypadek położyła książkę w miejscu, w którym ludzie zwykle zostawiają rzeczy do oddania? U mnie na osiedlu było takie miejsce koło skrzynek pocztowych, gdzie ludzie zostawiali niepotrzebne rzeczy. Wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że można stamtąd wziąć cokolwiek ci się podoba. Ale ta wiedza nie była nigdzie opisana, nie było żadnych wyjaśnień, działało to całkowicie nieformalnie. Nowy lokator mógł się pomylić i np. zostawić tam czytaną właśnie książkę i skoczyć do kiosku po kawę.
W takim wypadku niestety uznamy, że osoba A jest sama sobie winna. Nie jest winna kradzieży, bo żadna kradzież nie miała miejsca. Osoba B w dobrej wierze książkę zabrała, w pełnym przekonaniu, że nikt inny tej książki nie chce. Osoba A po prostu popełniła błąd i tyle. W efekcie straciła książkę. Zdarza się. Takie życie.
Albo wyobraźmy sobie, że zwiedzasz obce kraje i korzystasz z poczęstunku bez świadomości, że tradycja wymaga, że się odwdzięczysz. Osoba, która podzieliła się z tobą posiłkiem i nie dostała nic w zamian, ma prawo czuć się okradziona. Dla niej oczywistym było, że słowa, które wypowiada i gesty, które wykonuje są zaproszeniem do nieformalnej transakcji, a nie darmową propozycją.
Pomiędzy dobrowolnym darem a kradzieżą istnieje całkiem spora szara strefa. W danej kulturze większość spornych kwestii jest rozstrzygana w konkretny sposób - jednak niekoniecznie te sposoby są takie same pomiędzy kulturami. W jednym środowisku pewne zachowania jednoznacznie są interpretowane jako świadoma zgoda na oddanie czegoś, w innych nie masz prawa ich uznać za zaproszenie do skorzystania z czyjejś własności.
No i oczywiście nasze spojrzenie na daną sprawę może zmieniać się z czasem. Ja wychowałam się na “znalezione - nie kradzione”. Wszelkie drobiazgi (długopis, breloczek, dwa złote), które leżały na podwórku automatycznie uznawało się za niczyje i można było je wziąć. Jednocześnie zostawienie gdzieś plastikowej figurki czy łopatki uznawało się za bezpowrotną stratę - zgubiłam, sama jestem sobie winna. Trzeba było pilnować. Nie trzeba było zostawiać w osiedlowej piaskownicy. Kiedy byłam dzieckiem, nigdy nie nazwałabym kogoś zabierającego wiaderko z placu zabaw złodziejem. Leżało wieczorem bez opieki, znaczy, że miał prawo wziąć. Jakby komuś zależało, to by pilnował.
Teraz zasady są inne. Myślałam, że to uroda Szwajcarii, ale słyszę, że i w Polsce się zmieniło. Ludzie szukają właściciela nie tylko dokumentów czy portfeli (bo tak było i za czasów mojego dzieciństwa), ale zostawiają też na miejscu samochodziki i skakanki.
I wiecie co? To, co jest strasznie dziwne, to że łatwo jest sobie przepisać na nowo przeszłość. Zostawiłaś kolorową gumę do skakania przyczepioną do drzewa, bo zaczynała się dobranocka? Wtedy myślałaś, że to twoja wina, że ją straciłaś. Teraz nagle zaczynasz myśleć, że ktoś ci ją ukradł. Zabrał, choć przecież wiedział, że do kogoś należy. Miałeś fajne foremki i nie chciało ci się ich sprzątać i zanosić do domu przed obiadem? Jak wróciłeś, to ich nie było - bałeś się przyznać rodzicom, bo wiedziałeś, że to TY będziesz oskarżony o niedbanie o swoją własność. Teraz łatwo jest sobie powiedzieć, że padłeś ofiarą podłego podwórkowego złodzieja. Albo pamiętasz, jak znalazłeś na korytarzu taką super temperówkę? Przez długi czas było to miłe i jasne wspomnienie, a teraz zaczęło szarzeć przez nagle pojawiające się wyrzuty sumienia. Choć wtedy, w piątej klasie, nawet ci przez myśl nie przeszło, że zabierasz komuś jego własność. Leżało na podłodze, znaczy niczyje - nie miałeś żadnych wątpliwości.
Sytuacje z szarej strefy nie są same z siebie czarne ani białe. Zależą od naszej interpretacji.
Bardzo, bardzo trudne jest zmienianie teraźniejszości - a przecież chcemy, żeby bardziej szanować nawzajem swoją własność, żeby nie trzeba się było martwić, że ktoś zabierze ci coś ważnego, jak się nie będziesz pilnować - bez jednoczesnego zmieniania przeszłości. Bez zmieniania tego, jak patrzymy i oceniamy przeszłość.
Opinie, które wyrażamy teraz, mogą zmienić “szczęśliwego znalazcę” sprzed dwudziestu lat w złodzieja. A “nieodpowiedzialnego bałaganiarza” w ofiarę. Zdarzenie pozostaje to samo, sposób w jaki na nie patrzymy jest inny. I nie ma znaczenia, że to było dawno temu. I siebie i tę drugą osobę traktujemy przez pryzmat tego, co myślimy teraz, nie przez pryzmat tego, co myśleliśmy kiedyś.
Wyobraź sobie, że przyjeżdżasz teraz do Szwajcarii i zaczynasz wszystkim opowiadać, że w twoim kraju normalne i naturalne jest, że jak bierzesz książkę z pudełka “gratis zum mitnehmen”, to wrzucasz właścicielowi franka i że nikt nie odważyłby się zabrać czegoś bez zostawienia rekompensaty. W ten prosty sposób możesz zmienić ludzi szczęśliwych, że udało im się pozbyć niepotrzebnych szpargałów w nieszczęśników, którzy zostali oszukani. A przechodniów ucieszonych ze znaleziska - w podłych złodziei.
A przecież nie chcesz z niewinnych ludzi robić złodziei! Przecież nie można, to całkiem nielogiczne, żeby odpowiedzialność przerzucić całkowicie na drugą stronę. Żeby człowiek podejrzliwie patrzył na sprzedawcę podającego mu gazetę (czy on aby na pewno chce mi ją dać?), żeby trzeba się było zastanawiać dwa razy, jak ktoś częstuje czekoladką (podsunął mi pudełko pod nos, ale nic nie powiedział - czy to znaczy, że powinnam wziąć?), żeby ludzie bali się dotknąć zostawione w pociągu książki (które w związku z tym wylądują w koszu na śmieci).
Ha! Jeśli myślisz sobie teraz, że może w takim razie warto ostrzegać ludzi przed tym, że sami z siebie mogą zrobić ofiary, że może trzeba uświadamiać im, że jesteś odpowiedzialny za to, że ktoś myśli, że mu coś dajesz za darmo - to nie ma tak lekko.
Podkreślę to jeszcze raz: Ofiara nie jest winna tego, że została okradziona. Jednocześnie jednak osoba A jest odpowiedzialna za to, żeby jednoznacznie dać do zrozumienia, że dany przedmiot do niej należy i nie chce się go pozbywać, a osoba B jest zobowiązana do dołożenia odpowiednich starań w celu sprawdzenia, czy rzeczywiście może sobie coś wziąć. Obydwa aspekty są prawdziwe.
Ale to nie ma żadnego znaczenia.
Bo człowiek jest tak głupio zbudowany, że lubi mieć pewność i lubi mieć proste zasady.
Jeśli wszędzie słyszysz “ofiara nie jest nigdy winna”, “to złodziej ma nie kraść” - to łatwiej będzie ci zachować się porządnie. Przekonanie, że kiedy tylko zaczynasz się zastanawiać, czy to czasem nie będzie kradzież, to musisz od razu powiedzieć sobie “stop” - mocno pomaga w trzymaniu się zasad. Jest łatwiej.
Ale jeśli przeczytasz u Limotini, że to wszystko jest względne, że jedna strona umożliwia wzięcie, druga bierze i dopiero interpretacja określa złodzieja… Że jest szara strefa, że druga strona też musi się upewnić, czy wystarczająco jasno określiła swoje stanowisko… To w sytuacji pokusy wcale nie będziesz wykonywał żadnych racjonalnych obliczeń. Nie przypomnisz sobie tych wszystkich przypadków, które wyjaśniałam. Przypomnisz sobie, że może, że chyba nie we wszystkich przypadkach to jest twoja wina. Że może skoro nie protestuje, to można mu coś zabrać. Bo przecież gdyby nie chciał oddawać, to by się jakoś bronił, no nie?
Kiedy w nasze myślenie wkrada się “warunkowe pozwolenie” to trudniej jest się zachować tak, jak trzeba. Nie im, tym złym ludziom. Mnie. Tobie. Nam, każdemu człowiekowi. Jest nam łatwiej, kiedy mamy twarde i proste zasady. Ale jeśli zalęgnie się w naszej głowie choćby trochę wątpliwości, to sytuacja staje się dużo trudniejsza. Nagle właściwe zachowanie wymaga charakteru i silnej woli.
Widzisz, co się porobiło? Jak powiesz, że “ofiara jest zawsze niewinna” to będą osoby, które zinterpretują to tak, że mogą robić co chcą i nikt nie ma prawa im nic zabrać. Nawet jak oddały to całkowicie dobrowolnie, z ochotą, z uśmiechem na twarzy i z pełną odpowiedzialnością. Albo zgubiły przez głupotę i nieuwagę. Nawet jak wcisnęły to komuś siłą. Bo przecież tamten ktoś powinien się domyślić, złodziej jeden.
A jak powiesz “nie zawsze z biorącego można robić złodzieja” to będą osoby, które potraktują to jako usprawiedliwienie kradzieży - a przynajmniej osłabi to ich wolę, kiedy znajdą się w sytuacji pokusy. Będą się tłumaczyć, że przecież ta druga strona powinna… Że druga strona nie wyrażała się wystarczająco jasno...
Wydawało mi się, że to którą stronę powinniśmy podkreślać zależy od tego, co jest obecnie ważniejsze, w którą stronę częściej ludzie się mylą. Czy częściej zabierają coś bez należytego upewnienia się, że mogą - czy też częściej oddają/zostawiają coś bez zastanowienia. I tak pewnie jest. Ale dotarło do mnie też, że zawsze część osób to co powiesz, potraktuje jako poparcie ich tezy. Zawsze będą osoby, które to co mówisz, uznają za argument, że postąpiły słusznie. Możesz wybrać, w którą stronę się pomylisz - czy przyczynisz się do niesłusznego oskarżenia kogoś o kradzież czy też do samej kradzieży. Ale nie możesz pozostać czysty i bez winy. Po której stronie staniesz, jesteś odpowiedzialny za konsekwencje.
***
Parafrazując niesławne stwierdzenie pewnego niesławnego polityka: “Nie można okraść sklepikarza”. Zastanawialiście się kiedyś, że to zdanie można rozumieć na dwa sposoby?
  • Nie można okraść osoby, która z zawodu jest sklepikarzem. To jest w oczywisty sposób nieprawda - nikt nie ma prawa zabrać sprzedawcy ze sklepu jego własnego płaszcza. Wszyscy to wiemy.
  • Jeśli dwie osoby - sklepikarz i kupujący - umawiają się dobrowolnie na pewną transakcję, to nie może być mowy o kradzieży. To jest w oczywisty sposób prawda. Bez tego życie społeczne jest niemożliwe.
Jeśli powiecie “jeśli dwie osoby umawiają się na transakcję, to nie ma mowy o kradzieży” - to zawsze będzie pewna grupa osób, która potraktuje to zdanie jako zachętę: czasem kradzież jest dopuszczalna, kupowanie rzeczą ludzką, miałam prawo myśleć, że mogę sobie to wziąć, jakby nie chciał oddawać ludziom towaru, to nie zostawałby sklepikarzem. Co oczywiście jest bzdurą.
Jeśli powiecie “nieprawda, że nie można okraść sklepikarza” to zawsze znajdzie się jakaś grupa osób, które potraktują to jako stwierdzenie, że nigdy nie można być do końca pewnym, czy się kupuje, czy kradnie i że nie ma sposobu, by mieć pewność, czy sklepikarz rzeczywiście chce coś sprzedać i zawsze trzeba klienta w sklepie traktować podejrzliwie. Co oczywiście też jest bzdurą.
Jakiś sklepikarz się pomylił i sprzedał książkę za 1 franka zamiast za 10, bo źle pamiętał cenę. Teraz ma pretensje do kupującego, że go okradł, bo przecież mógł się domyślić, że to za tanio.
Inny sklepikarz oddał książkę za darmo, bo myślał że klient jest znanym bloggerem i napisze dobrze o jego księgarni. Blogger nie napisał i sprzedający czuje się okradziony.
Inny znowu sklepikarz miał bałagan w sklepie, duża kartka z napisem “PROMOCJA - ZA DARMO” zdawała się dotyczyć całej półki - ale on utrzymuje, że został okradziony, bo tylko jedną książkę chciał oddać w promocji.
Wszystkie te przypadki powyżej - to nie kradzież. Stracił książki z własnej winy - przez niedbalstwo, zbyt bujną wyobraźnię, nieuzgodnienie z klientem oczekiwań, bałaganiarstwo.
Nadal “ofiara nigdy nie jest winna kradzieży” - bo te sytuacje nie mają z kradzieżą nic wspólnego. Jak taką sytuację widzisz, to mocno kusi, by mówić głośno i wyraźnie - to NIE JEST kradzież. Sklepikarz sam jest sobie winien. Zachował się głupio.
Tylko że jak o tym powiesz, to dzieje się coś takiego, że czytelnikom psuje się ten prosty kompas “to ty jesteś odpowiedzialny za to, czy jesteś złodziejem”.
I ktoś może być w księgarni i chociaż widzi, że na książce jest napisane “10 CHF”, i chociaż widzi, że sklepikarz się w oczywisty sposób pomylił - zapłacić jednego franka - bo przecież sprzedawca powinien pilnować, co mówi.
I ktoś może w księgarni poudawać, że jest znanym pisarzem i że mógłby może coś dobrego napisać na temat tego miesjca - by wyłudzić książkę. I czuć się usprawiedliwiony - bo przecież to wina wyobraźni sprzedawcy.
Ktoś inny może w księgarni wziąć za darmo książkę, z której w wyraźny sposób odpadła cena - bo przecież gdyby sprzedawca nie chciał jej oddawać gratis, to by pilnował, że cena jest dobrze przyczepiona.
Wszystko przez to, że napisałaś prawdę, tylko prawdę na temat zupełnie innych sytuacji. Ale to, czego twoja wypowiedź dotyczyła się trochę rozmyło - zostało tylko “sklepikarz może być sam sobie winny”. (A jakby ktoś ci powiedział: “Ej, nie pisz lepiej o tym, nie warto tej dyskusji rozgrzewać”, to byś sie oburzyła, bo przecież prawdę pisać trzeba i ludzie trzeba informować, że mogą postąpić źle).
Czy to wszystko nie jest całkiem pokręcone?

(Ćwiczenie dla czytających: zastosuj powyższe rozumowanie do kwestii wolności słowa. Czy blogger jest odpowiedzialny za to, co czytelnicy sobie pomyślą i za ich interpretację? Czy też czytelnik jest odpowiedzialny za czytanie z uwagą, krytyczne ocenianie i wyciąganie logicznych wniosków?)

Komentarze

  1. Dywagacje do cwiczen umyslowych.polecam.mozna i tak.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty

Inne ciekawe blogi

Strona na facebooku