Odebranie przywileju

Miałam okazję ostatnio poobserwować, na samej sobie, jak boli odebranie przywileju.


Zespół, w którym pracuję, przeniósł się do sąsiedniego budynku. Na moim piętrze, w skrzydle, gdzie stoi moje biurko, są trzy toalety. Męska. Dla niepełnosprawnych. I “gender neutral”, czyli dla wszystkich. Trzy toalety, żadna z nich nie jest “tylko moja” albo “specjalnie dla mnie”.
No więc - to jest denerwujące. Jasne, mogę sobie pójść do zwykłej damskiej ubikacji, ale to jest z drugiej strony budynku i jest mi nie po drodze. Dużo wygodniej jest mi korzystać z pomieszczeń koło “mojej” drukarki i “mojego” automatu z kawą. Ale tam nie ma “mojej” łazienki.
To jest denerwujące.
Nawet pomimo że ogólnie to nie jest dla mnie problem. W domu nie mam podziału na toalety męskie i damskie. Na studiach mieszkałam w akademiku, gdzie była tylko jedna koedukacyjna łazienka na piętro (więc nie jest to dla mnie nowość). Pracuję w normalnym bezpiecznym środowisku, więc spotkanie osoby płci przeciwnej w odosobnionym miejscu nie jest w żaden sposób traumatyczne ani nie budzi we mnie złych skojarzeń. Dodatkowo łazienki są zwyczajne, europejskie, z solidnie oddzielonymi kabinami, więc jedyne, co może mi się przydarzyć, to że kolega zobaczy jak myję ręce. Nie maluję się, nie wykonuję w pracy żadnych tajemniczych zabiegów kosmetycznych. Nie obchodzi mnie, że ktoś zobaczy mnie wchodzącą do kabiny z podpaską w ręku.
A mimo to brak damskiej toalety jest denerwujący.
Szczególnie, że na moim piętrze pracuje trochę więcej mężczyzn niż kobiet, siłą rzeczy więc wielu panów wybiera łazienkę “dla wszystkich” jako mniej zatłoczoną alternatywę. No, a skoro toaleta jest uniwersalna, dlaczego mieliby z niej nie skorzystać? Na tej samej zasadzie, na której korzystam z niej ja?
Tylko że to jest takie denerwujące!

***
Obserwuję sobie moje reakcje od kilku tygodni, od czasu mojej biurowej przeprowadzki. Obserwuję je trochę z boku, trochę z krzywym uśmiechem, trochę z przekąsem. I staram się dobrze zapamiętać, to co myślę - bo to świetna nauczka.
Gdybyście się mnie spytali pół roku temu, co myślę o koedukacyjnych łazienkach bez ograniczeń - byłabym całą sobą za. Jaki świetny pomysł! Nikogo nie wyklucza, nie stwarza barier, nie ogranicza. Tak, zróbmy to!
Tymczasem kiedy ten pomysł ma być realizowany kosztem mojego przywileju, budzi to we mnie automatyczny sprzeciw. Niezależnie od tego, jakie są moje świadome poglądy, konieczność obycia się bez czegoś, co wcześniej rozumiało się samo przez się, jest denerwująca. Boli.
Jakkolwiek nieuzasadniony byłby jakiś przywilej, nawet gdyby nie był naprawdę konieczny (tak jak pisałam - osobna damska toaleta nie jest czymś, na czym mi na serio zależy), nawet jeśli rozumowo nie jestem do tego przywileju przywiązana - odebranie go boli. Ten ból, to poczucie szkody, jest realne.
I to poczucie krzywdy musimy brać pod uwagę, kiedy chcemy budować “nowy, lepszy świat”. Nie ważne, jak bardzo mamy rację - trzeba przekonywać, a nie zmuszać. Trzeba tłumaczyć, a nie nakazywać. Czasem się nie da, czasem trzeba coś odgórnie zadecydować - ale nawet wtedy trzeba w rachunku krzywd wziąć pod uwagę ten wyimaginowany ból po utracie nieuzasadnionego przywileju. Bo jest dużo bardziej realny, niż nam się wydaje. Nie zawsze też konieczne jest w ogóle odbieranie komuś przywileju - czasem można, i warto, nadawać nowe prawa bez uszczerbku dla starych.
***
Kiedy zauważyłam, że mnie ta sytuacja denerwuje (choć przecież rozumowo nie powinna), spróbowałam sobie w głowie obrócić sytuację. Myślałam o tych, którzy nigdy nie mieli “własnej” toalety, bo nigdy nie pasowali do binarnego schematu. O tych, którzy zawsze w jakichś sposób odstawali. (Brałam udział w wystarczającej ilości Parad Równości, by wiedzieć, że kwestia dotyczy realnych ludzi ode mnie z pracy, a nie jest wyimaginowaną ideologią). Myślałam o przedszkolnym koledze mojej córki, który wyrośnie albo nie z fazy na różowe sweterki. Myślałam o koleżance z klasy, która szeptem zwierzała się kumpelom, że wolałaby być chłopcem, a póki co biega po podwórku w ciuchach po bracie. I chciałabym, żeby też czuli, że mają swoje miejsce. Żeby nie musieli wszędzie wybierać pomiędzy dwoma alternatywami, z których żadna nie jest właściwa. Albo byli zmuszeni wybierać stronę, która nie jest tak naprawdę ich, nie jest właściwa.
I teraz już jest OK. Nie denerwuje mnie utrata przywileju. Tak, coś straciłam. Ale mam szansę zyskać coś nowego, mam szansę, że pomogę zbudować coś fajniejszego. I w sumie to jest dla mnie ważniejsze.


A jeśli czujesz, że Tobie odebrano coś ważnego dla budowania głupiego lepszego jutro - to wirtualnie ściskam. Tak - to boli i jest niefajne. Wiem. Rozumiem.

Komentarze

Popularne posty

Inne ciekawe blogi

Strona na facebooku