Tykanie zegara

Ferie wiosenne spędziłam w Polsce. Kiedy po dwóch tygodniach wróciłam do domu, rozpakowałam siebie i dzieci, zrobiłam pranie, porozkładałam na półkach przywiezione skarby - to wreszcie z ulgą położyłam się spać we własnym łóżku. Był cichy i spokojny wieczór. Prawie. Nie przeszkadzały mi przejeżdżające pociągi - przyzwyczaiłam się, to jest hałas domu. Nie przeszkadzało mi buczenie wentylatora - wiem, że po paru minutach się wyłączy. Ale to głośne tykanie??? Skąd ono się wzięło? Tik-tak, tik-tak, TIK-TAK.
Na ścianie w mojej sypialni wisi zegar. Kupiliśmy go w Seattle, pięć lat temu - i od tej pory nam towarzyszy, pomimo przeprowadzek.
Nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi, że on tyka. Nic się nie zmieniło, na pewno musiał tykać już wcześniej. Po prostu zawsze jakoś się wtapiał w tło, nigdy świadomie nie pomyślałam o wydawanych przez niego dźwiękach.
Teoretycznie wiem, że mam zegar i prawie wszystkie zegary tykają. Potrzebowałam dwóch tygodni poza domem, żeby to zauważyć.

***


Tęcza nad Zurychem
Któregoś wieczoru czytałam sobie papierowy Tygodnik Powszechny i trafiłam na artykuł o getcie warszawskim. Rzeczowa i ciekawa rozmowa z historyczką zajmującą się tamtymi czasami - ale z paroma emocjonalnymi obrazami, które podziałały na moją wyobraźnię. Kładłam się spać w ponurym nastroju. Obudziłam się w nie lepszym.
Dlaczego jest tyle zła na świecie? Dlaczego ludzie robią takie okropne rzeczy? I - co najtrudniejsze - jak można żyć ze świadomością, że to się działo, dzieje i nadal będzie się dziać? Jak można się cieszyć wakacjami, książką, zabawą z dziećmi, kiedy tylu dookoła cierpi i przeżywa tragedie?
Poszłam do pracy i spytałam jednego z moich ulubionych kolegów, jak on sobie z tym radzi. I dostałam odpowiedź, jakiej się nie spodziewałam. Odpowiedź, która powinna być tak oczywista jak tykanie zegara, a jednak wcale jej sobie nie uświadamiałam.
Zaczęłam czytać. Książki, artykuły, moje ukochane statystyki. Zgadza się.
Świat JEST LEPSZY. Świat jest lepszy niż był sto lat temu. Lepszy niż był trzydzieści lat temu. Lepszy niż był kiedykolwiek wcześniej.
***
Kiedy byłam w podstawówce, tradycyjnie dręczono uczniów czytaniem “Naszej szkapy”, “Janka Muzykanta” i “Antka”. Nowelki albo krótkie opowiadania, które pokazują sytuację dzieci w dziewiętnastym wieku. Zdecydowanie nie nadające się do czytania przez wrażliwych (ani tym bardziej niewrażliwych!) trzynastolatków. Pokazujące realia całkowicie obce mi, dziewczynce żyjącej w latach dziewięćdziesiątych w Polsce. Tak obce, że w mojej dziecięcej głowie brakowało skali do określenia ich straszności. Ludzie w mieście dosłownie umierający z głodu. Bez dostępu do jakiejkolwiek opieki medycznej, nawet do najbardziej podstawowych lekarstw. Bez butów. Bez możliwości nauki. Bez możliwości żadnego rozwoju.
Dlaczego pozytywistyczni pisarze opisywali takie przerażające historie?
Dlatego, że jeszcze 200 lat temu to była rzeczywistość, w której żyli prawie wszyscy ludzie na ziemi. Książki podają, że 85% ludzkości. Za wyjątkiem nielicznej warstwy uprzywilejowanej, cała reszta żyła w ciągłym zagrożeniu, nie mogąc zaspokoić podstawowych potrzeb. Wiecie ile ludzi żyło w takich warunkach 20 lat temu? Nadal prawie 30%. Wiecie ile ludzi żyje na takim poziomie teraz? 9%.
Jeszcze za czasów dzieciństwa moich dziadków, “Janko Muzykant” był ilustracją życia większości mieszkańców naszej planety. Za czasów dzieciństwa moich rodziców, “Nasza szkapa” pokazywała życie mniej niż połowy ludzkości. Teraz, kiedy moja córka będzie czytać (oby nie!) “Antka”, jest to historia mniej niż jednej dziesiątej ludzi - i nadal ten odsetek maleje.
Czy to nie jest niesamowite???
Z perspektywy osoby, której nie stać na sojowe latte na mieście, może być ciężko na pierwszy rzut oka zauważyć różnicę. Nawet z perspektywy zwykłego Polaka, którego nie stać na wyjazd na wakacje z dziećmi ani na wynajęcie samodzielnego mieszkania mimo pracy na dwa etaty, może być ciężko się zachwycać.
Ale jeszcze raz: żyjemy teraz na świecie, gdzie większość ludzi (90%) ma zaspokojone podstawowe potrzeby życiowe: nie grozi im śmierć z głodu, mają ochronę przed większością chorób, nie chodzą boso i ich dzieci mogą się uczyć. Dla kilku miliardów ludzi jakość życia poprawiła się drastycznie. Jest im ciężko, utrzymanie się na powierzchni kosztuje ich sporo wysiłku, ale jeszcze raz: 90% ludzi na ziemi jest już powyżej poziomu “Naszej szkapy” i “Janka Muzykanta”. To jest fantastyczna wiadomość.
***
Kiedy jako dziecko na Wszystkich Świętych odwiedzałam groby na przepięknym szczecińskim cmentarzu, zawsze szliśmy zapalić znicz na grobie starszego rodzeństwa mojej mamy. Dwoje maluchów, które zmarło w niemowlęctwie, jeszcze nim moja mama się urodziła. Moja babcie miała nieszczęście stracić dwójkę z czwórki dzieci. Strasznie smutna historia - i niestety wcale nie nietypowa.
Na początku dwudziestego wieku śmiertelność dzieci na świecie wynosiła 44% - na 1000 urodzonych dzieci, 440 umierało zanim ukończyło 5 lat. Tuż po wojnie - wtedy kiedy zmarli moi wujek i ciocia - umieralność w Polsce była na poziomie 110 dzieci na 1000 urodzonych. To jest tyle, ile dzisiaj umiera w najbardziej zaniedbanych pod tym względem krajach (Afganistan, Somalia, Niger). Jeszcze raz: w najgorszych krajach na świecie, w takich gdzie z całą pewnością nie chcielibyście żyć, gdzie jeszcze sporo ludzi żyje rzeczywistością Janka Muzykanta (przypominam: takie kraje to wyjątki, a nie reguła!), ryzyko że twoje dziecko nie przeżyje jest na takim samym poziomie, co w Polsce w latach pięćdziesiątych XX wieku.
Obecnie na całym calutkim świecie, wliczając i te problematyczne kraje, i te ze świetną opieką medyczną, i te (zdecydowana większość) ze średniej jakości służbą zdrowia - umieralność małych dzieci jest na poziomie 4%. Nie 44% jak było sto lat temu. Na tysiąc urodzonych dzieci średnio tylko 40 nie dożyje piątych urodzin (co oznacza mniej więcej tyle, że reszta dożyje dorosłości, bo grupa wiekowa 5-24 lata to taka, gdzie ogólnie najłatwiej jest przeżyć).
Jak wpisuję do wyszukiwarki “umieralność niemowląt w Polsce”, to wyskakuje mi masę artykułów “Tragicznie wysoka śmiertelność w Polsce!” i “Dlaczego tak wiele niemowląt w Polsce umiera?” Wiecie, o czym są te artykuły? O tym, że nie jest tak dobrze, jak mogłoby być. Jeden z nich w alarmującym tonie podaje “W 2011 roku w Polsce 1836 dzieci zmarło, zanim ukończyło roczek!”. Tak, każda z tych śmierci jest smutna i jeśli jesteśmy w stanie coś z tym zrobić, to oczywiście, że powinniśmy. To, czego ten artykuł nie podaje, to że 80000 dzieci NIE zmarło. Tyle mniej więcej dzieci nie dożyło roku w 1951 w Polsce. Bo tak, nadal malutkie dzieci umierają. Tylko nie 100 ma tysiąc, a 5 na tysiąc (w 2011) i 4 na tysiąc (2017).
No tak, ale ciągle wielu ludziom jest źle na świecie! Nie mają czasu dla dzieci, pracują ponad siły, nie mają dostępu do profesjonalnej opieki medycznej. To prawda. Jest dużo rzeczy które można naprawić.
Jednocześnie, przez 100 lat, my jako świat zeszliśmy z poziomu na którym masz fifty-fifty szansę, że dziecko które urodziłaś przeżyje do dorosłości, to stanu kiedy to jest raczej rzadka (średnia światowa), lub bardzo rzadka ewentualność. Większość z nas o umierających maluszkach tylko dowiaduje się z internetu, większość nie ma osobistych doświadczeń wśród znajomych. I tak jest nie tylko w Polsce, która jest w światowej czołówce, w większości krajów jest niewiele gorzej.
To jest coś, z czego powinniśmy się szalenie cieszyć! To jest naprawdę świetna wiadomość!
***
To naturalne, że kobieta spodziewająca się dziecka martwi się, czy będzie zdrowa. Ale też naturalne, że martwi się o siebie. Jeśli zdarzy wam się czytać jakąś XIX-wieczną lekturę, to porównajcie sobie niepokój przed porodem 200 lat temu i teraz (w Polsce). Jest kolosalna różnica między “czy przeżyję” a “jak szybko wrócę do wagi sprzed ciąży”. Możemy się uśmiechać na myśl o próżności współczesnych kobiet, ale to jest w rzeczywistości niesamowicie pozytywna zmiana.
I tak jest na całym świecie. Nawet jak popatrzać na ostatnie 30 lat, to w prawie wszystkich krajach sytuacja się poprawiła. Rodząc teraz w Polsce masz 4 razy mniejsze ryzyko śmierci niż miała twoja mama. Tak jest na całym świecie, nawet pomimo tego, że w Afganistanie przy porodzie kobiety umierają sto razy częściej niż w Europie. Jednocześnie umierają bowiem 4 razy rzadziej niż ich matki.
***
Połowa ludzi na świecie ma dostęp do internetu. Są państwa, gdzie tylko jedna na pięćdziesiąt osób ma internet (np. Erytrea), ale większość państw, nawet takich o których tradycyjnie sobie myślimy, że są biedne, dostęp do internetu ma jedna na trzy albo dwie na trzy osoby. (W Polsce: 4 na 5 osób).
Jeśli myślisz sobie: “a tam, to żadna zmiana, co za różnica, czy mogą sobie kotki na youtubie pooglądać” - to pomyśl jeszcze raz.
Dla wielu ludzie to oznacza, że mogą się dowiedzieć (nie tylko łatwo, ale w ogóle) czy taka wysypka u dziecka jest groźna, co robić jak liście na uprawianej roślinie czarnieją i czy to normalne, że krwawią pomiędzy miesiączkami. To oznacza, że mają możliwość spytania się w większym gronie znajomych, czy włożenie dziecka do pieca na trzy zdrowaśki pomoże. To oznacza, że utalentowany muzycznie chłopiec ma dostęp do utworów światowej klasy kompozytorów, mistrzów pop-kultury i kontakt z podobnie do niego myślącymi kumplami z miasteczka 50 kilometrów dalej.
A to tylko część ogromnej ilości korzyści. Jedna na dwie osoby ma dostęp do internetu. I ten odsetek gwałtownie rośnie.
***
Jeśli czytasz o tragedii ludu Rohingya, jeśli boli cię sytuacja w Darfurze, Somalii, Erytrei, jeśli współczujesz ludziom z terenów ograniętych wojną - to normalne i ludzkie. Tym ludziom (i wielu innym, których nie wymieniłam), jest strasznie źle. Czasem niewyobrażalnie (z naszego punktu widzenia) źle.
Ale to, że boli cię brzuch po czytaniu takich wiadomości nie czyni cię automatycznie lepszym człowiekiem. Empatia jest bardzo naturalnym uczuciem. Jest jednym z elementów naszego człowieczeństwa. Nie jest twoją zasługą.
To, co od ciebie zależy, to co ze swoim współodczuwaniem zrobisz. Nawet jeśli będziesz całą noc płakała, nikomu od tego nie zrobi się lepiej. Nawet jeśli przez tydzień nie będziesz nic jeść ani się uśmiechać - nikomu to nie pomoże. Jeśli twoją reakcją na ogrom ludzkiego cierpienia jest paraliż emocjonalny i niemożność myślenia na “takie” tematy, to wcale nie znaczy, że robisz coś dobrego.
A co możesz zrobić?
To jest właśnie pierwszy krok: zobaczyć, że pomimo tego całego zła, ogólnie świat idzie naprzód. Jak mamy coś zmienić, jeśli nie umiemy się cieszyć z tego, co już osiągnęliśmy? Jak mamy się starać, żeby nie zepsuć tego co mamy - jeśli nie wiemy, co mamy?
Jedna zła wiadomość może nam przesłonić tysiąc dobrych. Możemy spędzić całe życie smucąc się, że jedna osoba jest nieszczęśliwa, nie zauważając, że dziewięć innych jest dwa razy szczęśliwsze niż było. Ta ogromna radość z tego, że dziewięciu osobom jest lepiej nie oznacza, że ta jedna osoba powinna się przestać nad sobą rozczulać, bo jej pewnie też jest lepiej - oznacza, że i dla niej jest nadzieja. Te dziewięć osób, którym jest lepiej nie oznaczają, że wszystko jest już załatwione - to raczej oznacza, że da się, że można, że powinniśmy sprawić by było im jeszcze dwa razy lepiej.

Da się. Możemy. Najtrudniejsze może być zauważenie, co już mamy.



P.S. Polecam "Factfullness" Hansa Roslinga

Komentarze

Popularne posty

Strona na facebooku