Ewangelia

Niektórzy z moich bliskich boją się, że ktoś z czytających wpisy na blogu pomyśli, że jestem córką Szatana. Postanowiłam więc do końca zamieszać wszystkim w głowie i napisać o pięknie Ewangelii.


Szukałam ostatnio odpowiedzi na pewne sztuczne pytanie “Co Jezus mówił na temat X”, gdzie X mogłoby być w sumie dowolnym w tym tygodniu gorącym tematem. A ponieważ tezę miałam już tak czy siak zaklepaną “Ha, ha! Jezus nic na ten temat nie mówił, bo dwa tysiące lat temu X nie było kontrowersyjnym tematem.”, więc czytałam tylko dla porządku, żeby nie być gołosłowną i dać się potem złapać na jakichś kruczkach. I tak czytając, po kolei, rozdział po rozdziale, a nie - tak jak się to zwykle czyni - oderwane kawałki, zachwyciłam się. Bo konsekwentnie, zdanie po zdaniu, wers po wersie, powtarzał się ten sam schemat i ta sama narracja. Motyw, który choć tak przecież oczywisty, czasem się w mojej głowie zaciera.
Ewangelia mówi do mnie. Ewangelia mówi, co ja powinnam robić. Ewangelia mówi, jaka ja powinnam być. Mówi, że moja sprawiedliwość ma być większa od sprawiedliwości faryzeuszów. Ja mam iść pojednać się z moim bratem. Dla mnie lepiej jest utracić nogę niż zgrzeszyć. Moja mowa ma być: tak, tak, nie, nie. Ja mam nadstawić drugi policzek. Ja mam przebaczać siedemdziesiąt siedem razy.
Wydaje mi się, że w tym właśnie tkwi siła chrześcijaństwa i że to jest przynajmniej jeden z powodów, czemu liczba uczniów Jezusa rosła przez wieki. I mam szczerą nadzieję, że to jest właśnie ten element chrześcijańskiej tradycji, na której Europa jest zbudowana. I że o tym nie zapomnimy.
Bo to jest jedyny sposób, żeby uczyć moralności. Jedyny sposób, by osiągnąć coś dobrego. Jedyna perspektywa, która ma sens.
Ewangelia nie mówi, jak inni powinni żyć. Ewangelia nie mówi, jakiego zachowania mam oczekiwać od Ciebie. Ewangelia nie mówi, że ksiądz z mojej parafii ma być sprawiedliwy. Nie mówi, że mój brat ma się pojednać ze mną. Nie mówi, że lepiej dla mojej sąsiadki, by straciła rękę niż zgrzeszyła. Nie mówi, że moja przyjaciółka musi mówić: tak, tak, nie, nie. Nie mówi, że mój rozmówca na facebooku ma nadstawić drugi policzek. Nie mówi, że mój mąż ma mi przebaczyć siedemdziesiąt siedem razy.
Jedyna osoba, od której mogę czegokolwiek wymagać, to ja sama. Oczywiście, mogę do pewnych rzeczy przekonywać, mogę coś pokazywać, mogę dawać przykład. Ale najbardziej muszę pilnować samej siebie. I tak naprawdę najbardziej przejmować się tym, co sama robię, a nie co inni robią.
I teraz też nie mogę Ci powiedzieć: tak powinieneś odczytywać Ewangelię. Ani Ewangelia, ani moja moralność, ani wartości, w które wierzę, nie mogą być bronią przeciw Tobie. I to siebie samej muszę pilnować, żebym się trzymała tego, co uważam za ważne.

P.S. Pewnie jak to czytasz, to myślisz sobie: “Phi, jakie ona głupoty pisze! Przecież ją znam, leniwą, zapatrzoną w siebie egoistkę, na dodatek przemądrzałą i bardziej skłonną krytykować siebie, niż innych”. I to jest prawda. I właśnie dlatego ja tak bardzo potrzebuję przypominania sobie, że to belka w moim oku jest istotna, nie drzazga w Twoim. I tak, możesz mi wypomnieć, że piszę o ideałach, a śmieci mi się nie chce wynieść do kosza. Bo to jest prawda, a ja chciałabym to zmienić.

Komentarze

Popularne posty

Inne ciekawe blogi

Strona na facebooku