Odpowiedzi ateistki


Ten wpis jest częścią dłuższej serii. Poprzedni: Pytania do ateistki. Początek: Pytania do ateistki.

Skoro jesteś ateistką, to dlaczego na swoim blogu tyle piszesz o religii i Ewangelii?
To jest bardzo dobre pytanie. A odpowiedź jest złożona i wielowarstwowa.


Sellamtt, Toggenburg. Jedno z moich ukochanych miejsc w Szwajcarii.

Religia miała duży wpływ na moje życie. Jako dziecko co niedzielę chodziłam do kościoła, jako nastolatka uczestniczyłam w grupie oazowej, miałam koleżanki z Opus Dei, w każde wakacje dwa tygodnie spędzałam na rekolekcjach. Jednocześnie miałam to szczęście, że poznałam Kościół od tej najlepszej strony. To w Kościele nauczyłam się szacunku do innych religii, szacunku do innych ludzi - nawet takich z którymi się nie zgadzam, albo którzy są ode mnie bardzo różni. Nauczyłam się jak pracować nad sobą i że warto sobie stawiać wyzwania. Tam też - paradoksalnie - nauczyłam się cenić prawdę i życie w zgodzie ze sobą.
Tak więc Ewangelia i duchowość katolicka są dla mnie taką podstawą od której zaczyna się wiele z moich przemyśleń.
Dodatkowo wydaje mi się, że religia chrześcijańska daje bogaty zestaw pojęć i zwrotów, zrozumiałych w naszej polskiej kulturze, które ułatwiają rozmowy na tematy egzystencjalne.
Pomimo bowiem odejścia z Kościoła, nadal uważam że są pytania - czasem mylnie uznawane za religijne - na które warto sobie odpowiedzieć. Czy mam wolną wolę? Czym jest moja świadomość? Co się stanie ze mną po śmierci? Skąd czerpię moje zasady moralne? Czy nasze ludzkie wartości są uniwersalne we Wszechświecie? To nie tylko fascynujące zagadnienia - to też kwestie, od których dobrego rozstrzygnięcia zależy nasza przyszłość. Serio - świat zmienia się w błyskawicznym tempie, musimy umieć się zatrzymać i na nowo zastanowić, jaka Przyszłość nas czeka. I pracować nad tym, by Przyszłość oznaczała coś więcej, niż kolejnych 100 lat.
Czy to znaczy, że brak wiary to świeża zmiana?
Ależ nie! Mnie się wprawdzie nadal wydaje, że jestem nastolatką, ale prawda jest taka, że po licealnym czasie głębokiej religijności przyszedł czas bardziej dojrzałego poszukiwania na studiach, potem czas poważnych wątpliwości w wierze (takich, kiedy każdą modlitwę zaczynałam od słów “Boże, Ty wiesz, że w Ciebie nie wierzę, ale…”), potem kilka lat cichej świadomości, że nie wierzę - połączonych z poszukiwaniem kompromisu albo nowej tożsamości. Wreszcie nadszedł ten moment - jakieś 8 lat temu - kiedy wiedziałam, że wóz albo przewóz i trzeba sobie wreszcie powiedzieć szczerze “Jestem ateistką”.
Gdybym przejmowała się starzeniem, to tutaj byłby dobry moment, żeby obłudnie poprosić, byście nie próbowali z powyższego tekstu policzyć sobie, ile teraz mam lat, bo nijak nie wychodzi osiemnaście. Ale mam w sobie od zawsze mocne przekonanie, że ten wiek, w którym akurat jestem jest dla mnie najlepszy i najfajniejszy, a sam numerek w żaden sposób nie definiuje mnie jako osoby. Więc nie trudźcie się: zbliżam się do czterdziestki i dobrze mi z tym. A moja decyzja nie jest kaprysem nastolatki, tylko przemyślanym wyborem dorosłej osoby.
Brałaś ślub kościelny, masz dzieci. Jak to łączysz z ateizmem?
Tak, to JEST trudna sprawa. Sytuacja, w której masz świadomość, że przyrzekałaś, że “przyjmiesz i po katolicku wychowasz wszystkie dzieci, którymi cię Bóg obdarzy” - i z premedytacją nie robisz tego, nie jest komfortowa. Masz wybór albo nie dotrzymać przyrzeczenia, albo działać wbrew swoim przekonaniom. Żadne z rozwiązań nie jest dobre - ale dla mnie akurat ta druga opcja jest kompletnie niewykonalna. Nie umiałabym. (Mogłabym się bawić w słówka i kłócić, że skoro Boga nie ma, to i nie on mnie moimi dziećmi obdarzył - ale chodzi o ducha, a nie literę, składanej przysięgi).
Tłumaczę dzieciom podstawy wiary katolickiej - w dużej mierze są to elementy budujące kulturę w której się obracamy. Świętujemy Boże Narodzenie i Wielkanoc - i wyjaśniam dzieciom, jakie jest znaczenie tych świąt i dla chrześcijan, i dla mnie. Wiedzą, że babcie i dziadkowie chodzą do kościoła, wiedzą, że Jezus uczył ludzi jak być dobrym, a wiele ludzi uważa, że był Bogiem.
Ale same nie chodzą do kościoła ani na religię. Póki co są na tyle małe, że przejmują moje poglądy jako swoje własne. Są jeszcze za młodzi by mieć na takie tematy rzeczywiste opinie. Jeśli kiedyś zdecydują się należeć do jakiegoś kościoła, mam nadzieję, że trafią równie dobrze, jak ja swego czasu trafiłam.
Jak im w takim razie tłumaczysz, co jest dobre, a co złe?
Tak samo jak moi - chodzący do kościoła i wierzący - rodzice. Nie pamiętam, by kiedykolwiek odwoływali się do Boga czy religii. Po prostu: kradzież jest zła, krzywdzenie innych jest złe. Zwykle tyle wystarcza. A jeśli w danej sytuacji konieczne jest szersze uzasadnienie, to i powiedzenie “bo tak jest w dekalogu” nie jest wcale mocniejsze od “bo tak”.
Czasem oczywiście potrzebne jest bardziej szczegółowe wyjaśnienie dlaczego coś jest złe. Tylko że tutaj religia wcale bardzo nie pomaga. Wyjaśnienie osoby wierzącej od wyjaśnienia ateisty różni się tylko tym, że ta pierwsza sformułuje pytanie np. “dlaczego uważasz, że Bóg jest przeciwny karze śmierci”, a druga “dlaczego uważasz, że kara śmierci jest zła”. A potem muszą wykonać dokładnie taki sam wysiłek umysłowy - a przynajmniej ja nie widzę różnicy w tym jak myślałam jako osoba religijna i jako ateistka.
A co ze śmiercią? Jak wytłumaczysz dzieciom śmierć, jeśli nie możesz dać pocieszenia w postaci Nieba?
Na temat śmierci i tego co jest po ziemskim życiu mogłabym pisać długo - trochę już zresztą pisałam. Więc tym razem tylko dwie sprawy:
Nawet jeśli jesteś bardzo wierzący, to mówiąc dzieciom, że spotkają prababcię w Niebie, bezczelnie je oszukujesz. Nie masz bowiem żadnej pewności, że babcia trafiła do Nieba i tylko nadzieję, że dzieci tam trafią. Wiara w życie pozagrobowe nie jest więc prostym źródłem nadziei - może być równie dobrze źródłem frustracji i bezdennego smutku.
Wiem, że moja babcia nie siedzi na chmurce wśród aniołów. Wiem, że jej życie skończyło się bezpowrotnie i na zawsze w momencie, kiedy jej serce przestało bić i mózg przestał funkcjonować. Wiem, że babci już NIE MA - nie czuje, nie myśli, nie może widzieć ani tego co robię, ani jak bawią się jej prawnuki. Ale jest wciąż obecna w moim życiu - w moich myślach, w moich wspomnieniach, w historiach, które opowiadam własnym dzieciom. Jej życie trwa - w bardzo różnej, całkowicie niecielesnej formie. Ona zmieniła świat, malutki kawałeczek naszego Wszechświata - i taki jest jej wkład w wieczność. Dla mnie to dużo potężniejsza narracja niż nadzieja na Raj.
Czy mówisz dzieciom o Bogu, o innych religiach?
Odpowiadam dzieciom na ich pytania, wyjaśniam im, co się dzieje dookoła: pochodzenie świąt, znaczenie pewnych tradycji. Mówię, dlaczego babcia idzie do kościoła. Tłumaczę, że ludzie z różnych kultur i religii mają różne tradycje.
Dużo jednak więcej czasu poświęcam na opowieści o sprawach, które mnie interesują i które uważam za ciekawe. Opowiadam o powstaniu Wszechświata, o historii naszej planety, o tym, jak pojawiło się na niej życie, o tym, że jesteśmy kuzynami rekinów, dinozaurów, świń i szympansów. Opowiadam o Neandertalczykach (do których mam wielką słabość). O tym, jak wyglądało życie w Szwajcarii kilka tysięcy lat temu (wiecie, że już 9 tys. lat przed naszą erą istniały osady ludzkie dookoła Pfäffikersee? To niesamowite chodzić z dziećmi tą samą ścieżką, którą wiele wieków temu szła jakaś inna matka z epoki kamienia). Opowiadam o planetach i czarnych dziurach. O atomach i próżni. O tym, jak działa nasz mózg. Na czym polega nasze myślenie.
Czy uczysz dzieci, jak mają rozmawiać z innymi o ich wierze?
Sama się wciąż na nowo tego uczę - często na błędach, niestety. Często ciężko mi ocenić, co dla moich dzieci jest zaskakujące, a co naturalne - bo wychowują się w zupełnie odmiennym kulturowo świecie, dużo bardziej różnorodnym.
Czy gdybyś nie wyjechała z Polski to też stałabyś się ateistką?
Nie wiem. Może. Może nie. Z całą pewnością jednak wyjazd miał ogromne znaczenie w mojej historii.
Emigracja to nie tylko zmiana pracy i mieszkania. Wyjazd do obcego kraju wiąże się z koniecznością przedefiniowania prawie wszystkich życiowych założeń. Nic nie jest pewne. Inaczej robi się pranie, chodzi do lekarza, kupuje twaróg, myśli o emeryturze i urlopie macierzyńskim. Rzeczy, które przyjmowało się jako oczywiste i naturalne nagle okazują się względne i specyficzne tylko dla jednego kraju.
To mocno ułatwia spojrzenie na swoją religijność z dystansem. Człowiek zaczyna rozważać opcje, które wcześniej nawet nie przyszły mu do głowy.
Dodatkowo ważną sprawą była dla mnie zmiana środowiska. Jedną z najtrudniejszych do przezwyciężenia trudności była dla mnie świadomość, co będą o mnie myślały bliskie mi osoby wierzące. Widziałam dokładnie, co będą myślały - bo wiedziałam, jak ja sama oceniałam osoby, które “odrzuciły Boga, nie umiały bądź nie chciały wytrwać w wierze”. Ale kiedy ci ludzie byli daleko, dużo łatwiej było mi zacząć od nowa. Nie musiałam się z tym mierzyć na co dzień.
Jaki jest % osób oficjalnie niewierzących tam, gdzie mieszkasz i jaki to ma wpływ na twoją rodzinę?
Sprawdziłam oficjalne dane: połowa mieszkańców deklaruje się jako chrześcijanie, prawie 35% jako bezwyznaniowi, pozostałe uwzględnione religie to islam i judaizm. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że ta klasyfikacja jest czyniona na potrzeby podatkowe i zgłoszenie się jako członek kościoła katolickiego albo protestanckiego wiąże się z koniecznością odprowadzania procenta swojej pensji na rzecz tego kościoła - byłabym bardzo ostrożna w interpretowaniu tych danych.
Ale chyba największe znaczenie ma moje najbliższe otoczenie. Znam osobiście świadomych ateistów wychowanych w rodzinach ateistycznych, katolickich, protestanckich i żydowskich. Znam praktykujących muzułmanów i hindusów. Na codzień spotykam na ulicach zarówno kobiety i mężczyzn ubierających się w tradycyjne stroje islamskie, jak i ortodoksyjnych żydów. Znam sporo osób głęboko religijnych i zaangażowanych w życie kościoła katolickiego.
Nie jestem więc dziwnym wyjątkiem. Jestem przedstawicielką jednej z wielu opcji - i to opcji dość często spotykanej. Czuję się bardziej po stronie większości niż jako niezrozumiana mniejszość. Jednocześnie ta wielość religijna i kulturowa którą obserwuję i na ulicach i w rozmowach z kolegami z pracy sprawia, że tę różnorodność bardziej traktuję jako normę.
Czy to znaczy, że znasz odpowiedzi na wszystkie “ważne” życiowe pytania?
Tak. I jak będziecie uważnie czytać mojego bloga, to też je poznacie.
Skąd pewność, że Boga nie ma? Jak wygląda proces dochodzenia do takiego przekonania?
Zanim odpowiem, to zachęcam do zastanowienia się nad dużo bardziej niepoważnym pytaniem: skąd pewność, że jednorożców nie ma? Albo krasnoludków?
Moja pewność, że Boga nie ma jest tak samo mocna, jak przekonanie, że krasnoludki nie istnieją. Ale zrozumienia co to właściwie dla mnie znaczy i zaakceptowanie tego było bardzo długim (wieloletnim) i złożonym (wielostopniowym) procesem. Kiedyś spisałam sobie bardziej szczegółowo te kroki, mogłabym się podzielić, jeśli ktoś jest zainteresowany. Tutaj spróbuję tylko mocno streścić.
Pierwszym ważnym elementem było zrozumienie, co to w ogóle znaczy, że coś “wiemy” albo że coś “wiemy na pewno”. Co to znaczy, że coś jest udowodnione? Czy wiemy, że jutro rano wstanie słońce?
Drugim krokiem - który wydaje się banalny, ale mnie zajął lata - było przekonanie siebie samej, że te same metody rozumowania, które stosuję np. do jednorożców, mogę zastosować i do Boga. Tyle razy słyszałam, że “Boga się nie da udowodnić” i że nie można “testować Boga”, i że Bóg i rozum są na zupełnie różnych płaszczyznach - że uwierzyłam. Przełamanie tej bariery było strasznie ciężkie.
Kolejny etap to było uporządkowanie sobie wszelkich definicji i zrozumienie, że w bardzo, bardzo wielu przypadkach nauczanie Kościoła to tylko puste słowa. Jezus jest centralną postacią dla chrześcijanina. Nie dlatego, że uczył, jak być dobrym - wielu niewierzących przyjmuje miłość bliźniego za podstawę swojego życia. Nie - Jezus jest ważny, bo “zbawił człowieka”. Jednak nie mamy pojęcia - nie ja (bo ja to jestem głupiutka i na wielu rzeczach się nie znam), ale Kościół - nie ma pojęcia, na czym to zbawienie polega. A dokładniej - wszelkie wyjaśnienia na temat tego, w jaki sposób Jezus jest Zbawicielem dotyczą jedynie rzeczywistości nadprzyrodzonej, której w żaden sposób nie możemy zmierzyć, sprawdzić ani potwierdzić. Nie duchowej, naszej zwykłej ludzkiej - nie psychiki człowieka, psychologii, emocji, motywacji itd. Zbawienie odbywa się na poziomie duszy i życia wiecznego - czyli pojęć które są - z definicji - całkowicie nienamacalne.
To tak, jakby ktoś argumentował, że krasnoludki istnieją, ale wychodzą z ukrycia tylko i wyłącznie wtedy, jak nikt ich nie może zobaczyć i zajęte są pielęgnowaniem naszej domowej aury - której też nie możemy zobaczyć póki żyjemy. Taka opowieść może być nawet bardzo spójna, ciekawa i wciągająca - ale będzie tylko zabawą słowami i budowaniem zamków z piasku w wyobraźni.
Zbawienie jest tylko przykładem - tak samo nieweryfikowalne i kompletnie nie dające się sprawdzić w naszej rzeczywistości są wszystkie inne elementy wiary. Życie wieczne. Dusza. Tajemnica Trójcy Świętej. Wszystkie specjalnie zdefiniowane w ten sposób, by nie miały żadnych weryfikowalnych konsekwencji.
Potem było żmudne odsiewanie rytuałów, słów i wyjaśnień, które są mi rzeczywiście pomocne. I odkrywanie ze zdumieniem, że niereligijne tłumaczenie świata dużo bardziej do mnie przemawia. Że świat wygląda dokładnie tak samo, niezależnie od tego, czy modlę się czy nie. Że nie mam żadnej możliwości sprawdzenia, czy którykolwiek z elementów wiary jest prawdziwy - nawet tak podstawowe sprawy, jak to czy Bóg jest dobry.
Cały czas jednak gdzieś tam w środku jakiś cieniutki głos mówił: no dobrze, ale przecież się nie da udowodnić, że Boga nie ma. Może jest, w jakimś innym wymiarze, niedostrzegalnym naszymi ludzkimi zmysłami, gdzieś poza czasem i przestrzenią. Może Jego działania i nie są widoczne albo nie są zrozumiałe z naszej perspektywy, ale poza materialnym Wszechświatem mają krytyczne znaczenie dla losów tego czegoś, w czym nasz Wszechświat jest zanurzony.
Ostatnim więc krokiem było uświadomienie, że tak. Teoretycznie to jest możliwe. Tak jak możliwe, że jesteśmy obiektami gigantycznego eksperymentu naukowego. Albo żyjemy w Matrixie. Albo pojawiliśmy się 2 sekundy temu ze wpół napisanym artykułem na bloga i wspomnieniami z jego pisania. Albo może jesteśmy zabawką złego bóstwa? Poza naszym światem może być wszystko. I nie ma żadnego powodu by jedną z tych teorii przyjąć za prawdziwą.
Od tej pory trzymam się tego, co wiem, że jest prawdziwe. I jest mi z tym dobrze.
Nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania (mam nadzieję, że wszyscy zrozumieli żart powyżej). Ale mam więcej odpowiedzi niż dawała mi religia. Nie mam przepisów na postępowanie w każdej sytuacji - ale przedtem też nie miałam. Nie jestem dobra - ale chodząc co miesiąc do spowiedzi też nie byłam. Chcę być lepsza - i znajduję motywację i siłę do pracy nad sobą, choć w troszeczkę inny sposób.
Czy jesteś córką Szatana?
Nie.
Dlaczego w ogóle o tym piszesz? Nie uważasz, że religia to prywatna sprawa?
To mój prywatny blog i piszę o sprawach, które mnie interesują, fascynują, albo po prostu zajmują moje myśli.
Z jednej strony uważam za super ciekawą moją historię przemiany z oazowiczki codziennie odmawiającej Namiot Spotkania (modlitwę medytacyjną połączoną z czytaniem Pisma Świętego) w ateistkę spokojnie pogodzoną z materialistyczną wizją świata. Doświadczenie zmiany poglądów o 180 stopni jest dla mnie ważną nauczką - i myślę, że może być ciekawe i dla innych i warte opowiedzenia.

Z drugiej strony zaś: w moim codziennym życiu jest obecnie religii bardzo niewiele. Nie chodzę do kościoła, żyję w naprawdę świeckim kraju, większość moich znajomych albo jest ateistami, albo wyznaje egzotyczne dla mnie religie. A bliscy znajomi, którzy są mocno z Kościołem związani, dość już mają liczenia ze mną diabłów na łebku szpilki. Siłą rzeczy więc rzadko mam okazję rozmawiać “na żywo” na tematy wiary bądź niewiary. I te spychane myśli i niedoszłe rozmowy lądują właśnie na blogu.



Czytaj dalej: Nie mam odpowiedzi.

Komentarze

Popularne posty

Strona na facebooku